Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2014

Pustynna Włócznia I i II, Peter V. Brett

Krasja jest krajem sławnym przede wszystkim ze względu na swoich walecznych mieszkańców, którzy jako jedyni mają odwagę stanąć do walki z demonami, pojawiającymi się o zachodzie słońca. Częścią bogatej kultury tego miejsca jest wiara w Everama, a zgodnie ze świętą księgą Kajiego, wybrany przez Najwyższego poprowadzi lud, jednocząc go z niewiernymi i zniszczy on raz na zawsze potwory, wyłaniające się z Otchłani. To właśnie w Krasji przyszedł na świat Jardir, niegdyś przyjaciel Arlena, wojownik, okrzyknięty przez lud Wybawicielem. Problem jest tylko jeden, w zielonych krainach podobnym tytułem został okrzyknięty Naznaczony, który wraz z przyjaciółmi, Leeshą i Rojerem, stara się przygotować mieszkańców nie tylko do walki z demonami, ale przede wszystkim z Krasjanami, którzy rozpoczęli już swój najazd. 

„Pustynna Włócznia” stanowi drugi tom serii o Malowanym Człowieku i podobnie jak pierwsza część został on podzielony, z niezrozumiałego, a zarazem łatwego do odgadnięcia powodu, na dwie księgi. Jest to dość komiczne, ponieważ historia zostaje nagle przerwana w połowie i czytelnik musi sięgnąć po drugi tom, aby poznać dalszy przebieg urwanego wątku. Obie książki są do prawda dość obszerne, jednak gdyby nie fakt, że miałam następną część pod ręką, byłabym naprawdę bardzo zirytowana. Dlatego też zarówno pierwsza, jak i następna księga „Pustynnej Włóczni” jest traktowana przeze mnie jako całość, która nie powinna być dzielona przez polskiego wydawcę.

Drugi tom cyklu demonicznego trzyma, ku mojej uciesze, poziom, chociaż różni się w kilku aspektach od „Malowanego człowieka”. Przez większą część lektury czytelnik zapoznaje się bowiem z historią Jardira, kulturą i obyczajami, panującymi w Krasji. Tym samym cofa się w historii i spogląda na pewne kwestie z przeciwnej strony. Ma to swoje plusy, ponieważ odbiorca lepiej poznaje postać jednej z głównych postaci i jest w stanie zrozumieć podjęte przez nią decyzje. Nie każdemu spodoba się jednak taki sposób prowadzenia akcji, a zwłaszcza tym, którzy byli ciekawi dalszych losów Arlena i Leeshy. Do tego drugiego grona zaliczałam się także i ja.

 Początkowo czułam się zawiedziona, ponieważ została opisana historia innego, jeszcze niezbyt lubianego przeze mnie bohatera, a „Malowany człowiek” skończył się w takim momencie, że jak najszybciej chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Wkrótce potem historia z Krasji porwała mnie, nawet mimo tego, że była spokojniejsza i nie działo się w niej tak wiele jak w Wyzwolonych Miastach czy Zakątku. Kiedy na powrót pojawiły się rozdziały związane z Arlenem, Leeshą i Rojerem książka rozkręciła się i... odbiorca był zmuszony sięgnąć po „Pustynną Włócznię II”.

W drugim tomie „Malowanego człowieka” pojawia się kilkanaście nowych postaci, ale to w drugiej księdze dzieje się najwięcej, a akcja jest szybsza i bardziej wcągająca. Dochodzi również nowy wątek, historia Renny, przyrzeczonej za młodu Arlenowi. Rozdziały poświęcone tej historii są rozbite, przez co robią odbiorcy niemałą ochotę i zmuszają go do kontynuowania lektury.

„Pustynna Włócznia” trzyma dobry poziom, pozwala spojrzeć trochę z innej perspektywy na przedstawione wydarzenia oraz poznać czynniki, przez które Krasjanie postępują tak, a nie inaczej. Do mankamentów powieści mogę zaliczyć nie zachowanie przez autora chronologii i w dalszym ciągu za bardzo nie wiem, czemu miało to tak naprawdę służyć. Mimo tego, polecam, a osoby, które nie miały okazji zapoznać się jeszcze z "Malowanym człowiekiem", zachęcam do rozpoczęcia tej niezwykłej przygody w świecie, gdzie po zachodzie słońca prym wiodą łaknące krwi demony.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 515 + 657

Data premiery: 2010r.
Ocena: 5/6 
Dalsza część recenzji

niedziela, 14 września 2014

Angelfall, Susan Ee

Zagłada ludzkości w wyniku uderzenia asteroidy, ataku kosmitów? A może zwrócenie się maszyn przeciwko swym stwórcom? Nic z tych rzeczy. W wizji stworzonej przez Susan Ee za śmierć ludzi odpowiadają ci, którym powierzana była część modlitw, których zadaniem było chronić dzieci boże od złego. Uskrzydlone istoty pojawiły się na niebie i zaczęły siać śmierć i zniszczenie, zmuszając ocalałych do zapomnienia o wcześniejszym życiu. Prawo przestało istnieć, pieniądze straciły jakąkolwiek wartość, a niebezpieczne gangi zaczęły polować dla własnej uciechy na ocalałych pobratymców. Tak, witajcie w świecie, w którym spotkanie z aniołem może stać się waszą przepustką do śmierci. Od tej reguły wyjątkiem stała się jednak siedemnastoletnia Penryn, dla której jedyną szansą na uratowanie porwanej siostry jest połączenie sił ze śmiertelnym wrogiem – aniołem pozbawionym skrzydeł. 

Kiedy rozpoczynałam lekturę „Angelfall” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Podejrzewałam, że będzie to kolejny romans paranormalny, skierowany przede wszystkim dla nastolatek, z motywem postapokaliptycznym w tle. Właśnie z powodu obecności tego drugiego elementu sięgnęłam po tę powieść i przez całą lekturę nie miałam nawet czasu na odetchnięcie z ulgą. Twór Susan Ee wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony, zmuszając go do kontynuowania lektury i przyglądania się staraniom głównej postaci z bliska. Jest to nie tylko zasługą prostego i lekkiego języka, ale także ciekawej historii, połączonej z dobrą kreacją świata przedstawionego.

Wizja świata po ataku aniołów została na tyle wyraziście przedstawiona, że odbiorca bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie zniszczone budynki, leżące zwłoki i szczątki dobytku zmarłych ludzi. Kłopotu nie powinno mu także sprawić poczucie atmosfery strachu i niebezpieczeństwa. Za sprawą Penryn ma okazję zapoznać się ze stworzoną rzeczywistością, zobaczyć do czego są zdolni ludzie, aby przeżyć. Niewątpliwym, jeśli nie największym, plusem "Angelfall" jest postać głównej bohaterki, która tak różni się od większości wykreowanych za sprawą pióra osób. W przeciwieństwie do nich, ma charakterek, ikrę i duże pokłady odwagi, przez co nie da się jej nie lubić. Penryn nie jest bowiem bezbronną kobietą, z miejsca wzdychającą do przystojnego anioła - to też sprawia, że ta historia nie jest tak banalna, jak mogłaby się z początku wydawać.

W książce można wyróżnić kilka wartych większej uwagi postaci, które swoją nietypowością zwracają uwagę odbiorcy, jednak znajdziemy też sporo takich, którzy robią jedynie za tło historii. Pisarce udało się stworzyć coś innego, na tyle innowacyjnego, że przyciąga do siebie czytelnika na dłuższy czas. Zasługa leży przede wszystkim w nakreślonej przez nią wizji rzeczywistości, a kreacja aniołów, tak odbiegająca od dobrze znanego nam obrazu tych istot, dodaje lekturze tego czegoś. Skrzydlaci posłańcy nie emanują dobrem i miłością do ludzi, są bezlitośni, a ich wrodzona siła robi z nich przeciwników nie do pokonania. Mimo tego, część ocalonych stara się za wszelką cenę odzyskać to, co utracili. 

 Jak łatwo się domyślić, „Angelfall” nie jest lekturą wysokich lotów, oprócz sporej dozy rozrywki i mile spędzonego czasu, nie będzie w stanie zapewnić odbiorcy niczego więcej. Powieść napisana przez Susan Ee jest jednak jedną z najlepszych lekkich pozycji, jakie miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Zaliczyć ją można do gatunku fantastyki postapokaliptycznej, ale zawiera w sobie elementy thrilleru i subtelnego romansu paranormalnego, który jednak nie razi czytelnika. Ten tytuł nazywany jest także dystopią, ale jak dla mnie, nie zawiera w sobie bazowych elementów, które powinny o tym świadczyć. Czy więc polecam? Jak najbardziej. Na łamach jej stron znajdziecie wartką akcję, przemyślaną i dość nieprzewidywalną fabułę oraz interesujących bohaterów, a czas poświęcony na lekturze „Angelfall” z pewnością nie będzie nazwany straconym.
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 303
Data premiery: 18.04.2013r.
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

wtorek, 2 września 2014

Malowany człowiek I, Peter V. Brett

Witajcie w świecie, gdzie w ciągu dnia swe rządy pełnią ludzie, aby po zmroku skryć się za runicznymi barierami i ustąpić miejsca bezlitosnym demonom, łaknącym ich krwi. Życie każdego, mieszkańców pomniejszych osad, czy nawet Wolnych Miast, nie należy do najłatwiejszych, jest bowiem przepełnione lękiem przed nieustępliwymi potworami. Sen ludzi od dawien dawna nie był spokojny, nocą zamiast ciszy rozchodzi się ryk demonów, dźwięk stawiającym opór barierom albo płacz i krzyki przerażonych ludzi. Arlen nie zamierza się jednak poddać otaczającej go rzeczywistości, a przede wszystkim strachowi, który  odebrał mu  to, co było mu najdroższe. Leesha także nie ma zamiaru zmieniać swojego postanowienia, nie daje się ugiąć, mając przy swoim boku starą Zielarkę. Podobnie Rojer, który stracił wszystko, co mógł, ale mimo tego, znalazł w sobie siłę do walki z każdym kolejnym dniem. Tak wygląda rzeczywistość, świat podzielony na dwie, tak różne części – jasną i ciemną, gdzie śmierć jest najmniej przerażającą rzeczą, której można doświadczyć. 

Wykreowany przez Petera Brett’a świat okazał się być na tyle interesujący, a przede wszystkim tak niezwykle wyrazisty, że porwał mnie od pierwszej strony. Wszystko, zamieszczonego na kartach „Malowanego człowieka”, zdawało się być żywe, wręcz namacalne - zarówno opisane miejsca, każdy kamień, krzak, jak i każda pojawiająca się w powieści postać. Nic więc dziwnego, że lektura dzieła tego amerykańskiego pisarza wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Po raz pierwszy od bardzo dawna byłam na tyle pochłonięta czytaniem, tak podekscytowana prowadzoną akcją, że zdołałam zapomnieć o wszystkich problemach i smutkach, które odciągały mnie od zwyczajowych przyjemności.

 „Malowany człowiek” nie bez kozery został ogłoszony jedną z najlepszych książek z gatunku fantastyki. Ma w sobie wszystko to, co dobry twór powinien mieć – ciekawą konstrukcję świata przedstawionego, wartką akcję i zapadających w pamięć bohaterów, do których ciężko się nie przywiązać. Wykreowany świat mamy możliwość poznać za sprawą trzech bohaterów, znajdują się oni w różnych miejscach i trudnią się różnymi zajęciami. Początkowo byłam zirytowana, kiedy rozdziały dotyczące Arlena zastąpiły strony, opisujące historię Leesh i odwrotnie, ale ten niejako przeplatający się sposób prowadzenia akcji prawie od razu przestał mi przeszkadzać. Trochę inaczej się miała sprawa najmłodszego z naszej trójki postaci, Rojera, ponieważ jego perypetie nie były już tak ciekawa jak poprzednie. Na szczęście autor nie poświęcił uczniowi Minstrela zbyt dużo uwagi.

Peter V. Brett przelał na karty papieru ciekawą wizję świata, z którą czytelnik zapoznaje się z każdą kolejną przeczytaną stroną. Aby mógł on lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której przyszło żyć trójce głównych bohaterów, w licznych opisach czy wypowiedziach innych postaci nie zabraknie wzmianek o polityce, prawach, zajęciach i sposobie życia mieszkańców. Odbiorca jest bowiem w „Malowanym człowieku” obserwatorem, który ma okazję śledzić tę historię niejako zza pleców Arlena, Leeshy czy też Rojera. Z tego też powodu, czytelnik nierzadko dowiadywał się szczegółów, dotyczących funkcjonowania w przedstawionym świecie, na równi z przewodnimi postaciami. Wszystko to za sprawą starszych i bardziej obeznanych mieszkańców. Dlatego też przywiązanie się do tej trójki było jak najbardziej możliwe, nie byli oni obojętni dla odbiorcy, a wręcz przeciwnie - wzbudzali silne emocje.

„Malowany człowiek” okazał się być lekturą godną przeczytania. Dawno nie zostałam wręcz przyssana do stron żadnej czytanej przeze mnie ostatnio książki. Dodatkowym atutem tej powieści są niezwykłe rysunki, pozwalające odbiorcy wyobrazić sobie na przykład wygląd demona czy poszczególnej postaci - stanowią one ciekawą formę urozmaicenia lektury, uprzyjemnienia czytania. Z tego powodu, polecam ją wszystkim, a zwłaszcza miłośnikom dobrej fantastyki. Na tym dziele na pewno się nie zawiedziecie. 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 500
Data premiery: 29.11.2008r.

Ocena: 6/6
Dalsza część recenzji

środa, 13 sierpnia 2014

Pierwsza kawa o poranku, Diego Galdino

Kawa, a właściwie zawarta w niej kofeina, uzależnia. Oprócz tego poprawia nastrój, dobrze smakuje, a przede wszystkim - dodaje energii na stoczenie kolejnych bitew z szykującym niespodzianki losem. Pić i delektować się jej smakiem to jedno, ale czytać i rozkoszować się nią za sprawą aromatycznego zapachu, wytworzonego za sprawą samych słów? To już zupełnie inna para kaloszy, a właśnie tego może doświadczyć każdy, kto sięgnie po dzieło włoskiego pisarza Diego Galdino pod tytułem „Pierwsza kawa o poranku”. Nieprawdopodobne? I to jeszcze jak...

 Massimo Tiberi jest doskonałym baristą, a zarazem właścicielem dobrze prosperującego baru w rzymskiej miejscowości Zatybrze. Najpopularniejszym  i najbardziej lubianym napojem jest w nim właśnie kawa. Samotny, choć otoczony przez stałych klientów i wiernych przyjaciół, doświadcza po raz pierwszy w życiu tak potężnej karuzeli uczuć oraz nagłych zmian nastroju. Wszystkiemu winna jest tajemnicza  Francuzka, którą najwidoczniej łączy coś ze zmarłą panią Marią – schorowaną staruszką z którą przyjaźnił się nasz bohater. Pierwsze spotkanie Massima i zielonookiej piękności nie należało do najprzyjemniejszych, dlatego właściciel baru robi teraz wszystko, aby przekonać do siebie kobietę, która wywarła na nim tak duże wrażenie. 

„Pierwsza kawa o poranku” okazała się być nietuzinkową lekturą ze względu na użyty przez autora język, w szczególności zaś, przez interesujące metafory i porównania. Wystąpił jednak problem  z wyważeniem przez Diego Galdiano proporcji, i najzwyczajniej w świecie, przesadził on z pewnymi zabiegami. Na przykład z informacjami na temat ulubionych kaw poszczególnych bohaterów, odwiedzających bar. Przy pierwszym nazwisku było to coś nowego, przy drugim  i trzecim neutralnego, ale z każdą kolejną osobą robiło się to coraz bardziej męczące i irytujące. Czytelnik zamiast zapoznawać się z opisaną historią, musiał przebrnąć przez mało znaczące informacje, bo kogo obchodzi, czy Lino pije kawę z żeń-szeniem, a Gino kawę al vetro z kroplą pianki mlecznej? Na dodatek sposób ich zapisu nie ułatwiał lektury – wszystko mieściło się bowiem w nawiasach, a przy kilku imionach oddzielonych przecinkiem, powstawała niewyraźna papka liter i znaków interpunkcyjnych.

 Kolejnym mankamentem, który można wytknąć pisarzowi, są bohaterowie, a zwłaszcza główna postać – Massima. Tak jak klimat obecny na łamach stron powieści jest wprost magiczny ze względu na swój niepowtarzalny rzymski urok, tak dwójka najważniejszych w tej historii osób niespecjalnie zachwyca czytelnika. Właściciel baru zachowuje się początkowo gorzej niż nastolatka (owszem - nie nastolatek, ale nastolatka). Tak jak fakt, że traci głowę i zakochuje się bez pamięci w nieznajomej piękności można jeszcze przetrawić, w końcu to książka o miłości, tak jego ciągłe zmiany nastroju, durne i dziecinne zachowania są po prostu nie na miejscu. Wprowadza to do tej historii pewną śmieszność, która ma poważny wpływ na chęć w dalsze zagłębianie się w lekturę.

 Pisarzowi udało się za sprawą słowa pisanego przenieść czytelnika do zupełnie innego miejsca. Pełnego turystów, wścibskich i hałaśliwych Włochów, którzy w wolnych chwilach, nie mając nic lepszego do roboty, obsiadują bar Massima i piją swoją ulubioną kawę. Wąskie uliczki, wspaniałe zabytki – w wykreowanym przez autora obrazie łatwo się zakochać, dlatego ta pozycja może i mogłaby urzec potencjalnego czytelnika, jednak obecna w niej infantylność i mało przekonujące rozwinięcie znajomości tej dwójki bohaterów na to nie pozwalają. Nawet pojawiający się a kartach powieści humor, ani wątek stopniowo poznawanej przez Massima tajemnicy nie są w stanie uratować tej pozycji. Autor miał ciekawy pomysł, jednak jedyne co mu wyszło, to zauroczenie czytelnika Włochami i rozbudzenie w nim pragnienia, aby ujrzeć ten kraj na własne oczy.

 Owa powieść może więc przypaść do gustu jedynie osobom, które nie mają niczego lepszego do czytania, a chcą się zrelaksować przy aromacie pysznej kawy, towarzyszącej im przez większość czasu. "Pierwsza kawa o poranku" nie jest też pozycją, która mogłaby spodobać się mężczyznom, jest zbyt naiwna i przesycona mało realistycznym obrazem miłości. Dużą zaletą "Pierwszej kawy o poranku" jest natomiast wątek tajemnicy, który przekonująco zachęca odbiorcę do dalszego zagłębiania się w lekturę. Odbiorca ma możliwość wspólnie z Massimem poznawać zawiłą historię z przeszłości za sprawą dziennika, pozostawionego mu przez Geneviève.
Ocena: 2,5/6
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 270
Data premiery: 02.07.2014r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

czwartek, 7 sierpnia 2014

Mistrz, Katarzyna Michalak

Powieści erotyczne niewątpliwie są wyjątkowym typem literatury, rozbudzającym nie tylko wyobraźnię, ale także i zmysły. Z ich lektury można czerpać niemałą przyjemność, czytelniczą przyjemność, jednak sięganie po pozycje tego rodzaju zawsze wiąże się z niepewnością oraz większymi niż zazwyczaj obawami - czy autorowi udało się podołać zadaniu? Czy udało mu się zbudować odpowiedni klimat i całą historię przedstawić w przekonujący, a przede wszystkim w pobudzający sposób? Nie ukrywam, że do lektury „Mistrza” podeszłam z pewnym dystansem, ponieważ jak do tej pory udało mi się trafić tylko na kilka naprawdę dobrych erotyków. Jak  więc było w tym przypadku?

 Sonia jest spokojną i nieśmiałą dziewczyną. Los jak do tej pory dał jej ostro popalić. Po śmierci rodziców straciła wszystko, dlatego sporo trudu i wysiłku kosztowało ją ułożenie sobie życia na nowo. Niestety, ten stan pozornej stabilizacji nie trwa długo. W drodze powrotnej nasza bohaterka zostaje wplątana w narkotykową aferę. Na jej oczach ginie człowiek, a ona sama zostaje porwana przez cypryjskich gangsterów. Za sprawą Raula de Luca udaje jej się ujść z życiem, jednak ceną jest pozostanie więźniem na Cyprze, w pięknym domu o nazwie VillaRosa. Stopniowo Sonia nie tylko przyzwyczaja się do nowej sytuacji, ale także zbliża się do domowników rezydencji i przeżywa tam swoją pierwszą wielką miłość.

 „Mistrz” może nie tyle wciąga czytelnika, co kusi go, zapewniając kilkugodzinną rozrywkę. Autorka powieści wprowadziła trochę zamieszania, zapoznając na początku odbiorcę z bohaterką drugoplanową. Ze względu na okoliczności jej poznania przez pierwsze rozdziały spodziewałam się trochę innej historii. Na szczęście, dość szybko wszystko się wyjaśniło, nie pozostawiając wątpliwości, co do prawdopodobnego rozwoju dalszej akcji. Katarzyna Michalak niezaprzeczalnie włożyła sporo wysiłku, aby możliwie jak najbardziej urozmaicić akcję, jednocześnie zachowując przy tym odpowiednie proporcje wszystkich elementów. Powstał tym samym twór, w którym ciężko jednoznacznie określić, czy poszczególny bohater jest dobrym, czy złym charakterem, a jeśli już ma należeć do tej drugiej grupy, to jest duże prawdopodobieństwo, iż odbiorca będzie go jednak darzyć sympatią.

 Język użyty przez autorkę do napisania tej powieści jest lekki, dlatego z łatwością przewraca się kolejne strony tego tytułu. Akcja jest przez większą część lektury spokojna, jednak nie na tyle, aby znużyć czytelnika. Wręcz przeciwnie, pisarka w umiejętny sposób budowała napięcie, zmuszając go do dalszego poznawania losów Sonii. Kilka razy napięcie między bohaterami było już tak wyczuwalne, że zaczynało to mieć swoje odzwierciedlenie w moim zachowaniu, mianowicie, skutkowało to szybszym czytaniem, a przede wszystkim pojawiającą się ekscytacją i niemożnością oderwania się od lektury.

 Nie wszystko jest jednak tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Tak jak oddanie cypryjskiego klimatu nawet autorce wyszło, tak kreacja bohaterów pozostawia wiele do życzenia. Główna postać, Sonia, okazała się być pozornie zbyt idealna. Swoją przesadną niewinnością, niezdecydowaniem wzbudzała przede wszystkim irytację. Jej osobie brakowało tego czegoś – charakteru? osobowości? - które przemawiałyby za tą postacią. Pomimo tych znaczących wad, trudno mi było powstrzymać się od kibicowania jej. Wynika to  chyba z faktu, że pomiędzy stronami „Mistrza” można znaleźć o wiele bardziej denerwujących bohaterów i w porównaniu z nimi, Sonia nie wypada wcale tak źle.

 „Mistrz” okazał się być dobrą powieścią erotyczną, skierowaną przede wszystkim dla pań. Wątek porwania i przetrzymywania głównej bohaterki dodaje lekturze smaku, a magiczny klimat książki zachęca do kontynuowania lektury. Dzieło Katarzyny Michalak stanowi dobrą odskocznię od rzeczywistości, a za sprawą swoich pobudzających właściwości, zachęca do bliższego kontaktu z przedstawioną historią. „Mistrz” jest subtelnym erotykiem, którego zakończenie zaskoczy chyba każdego czytelnika. Pisarka na tyle sprawnie opanowała umiejętność władania piórem, że wszystko okazuje się być możliwe. Czy polecam? Jak najbardziej!
Ocena: 4,5/6
Liczba stron: 312
Data premiery: 23.01.2013r.
Wydawnictwo: Filia
Dalsza część recenzji

piątek, 18 lipca 2014

Próby ognia, Dashner James

 Przeszli przez labirynt, stanęli oko w oko z bezlitosnymi maszynami, stworzonymi przez DRESZCZ i przeżyli – przynajmniej część z nich. Thomas wraz z resztą Strefowców miał nadzieję, że ten koszmar wreszcie się skończy i dany im będzie święty spokój, jednak nic bardziej mylnego. To, czego do tej pory doświadczyli, to nic w porównaniu z tym, co na nich czeka. Wystawieni są bowiem na nielada próbę – przed nimi długa przeprawa w palącym (dosłownie) słońcu przy nieprzewidywalnych zjawiskach atmosferycznych. Podróży nie ułatwiają im zarażeni na Pożogę ludzie, którzy popadają w coraz większy obłęd, tracąc przy tym ludzkie uczucia i sumienie. Jeszcze jakby tego było mało, kontakt z Teresą się urywa, a na jej miejscu pojawia się Aris, chłopak zesłany z innej grupy testowej. 

 Trochę ponad dwa lata minęły od momentu kiedy zapoznałam się z historią przedstawioną w „Więźniu labiryntu”, dlatego początkowa lektura drugiego tomu trylogii była dość problematyczna. Nie byłam w stanie sobie przypomneć, o czym była pierwsza część i jakie próby czekały na głównego bohatera, Thomasa, oraz jego przyjaciół. Jak się wkrótce okazało, znajomość poprzedniej książki nie była wymagana, aby orientować się w tej historii i nadążać za rozwojem akcji. Oczywiście co jakiś czas pojawiały się wzmianki odnośnie labiryntu i żyjących w nim istot, ale było ich na tyle mało, że przypomnienie sobie większej ilości informacji okazało się być dla mnie niemożliwe.

 Język wykorzystany przez autora jest prosty i łatwy w odbiorze, dlatego powieść czyta się stosunkowo łatwo. Kolejne trudności, na jakie natykają się bohaterowie, urozmaicają przedstawioną historię, jednak nie na tyle, aby całkowicie wciągnąć czytelnika pomiedzy wypełnione slowami strony. Co może być tego powodem? Wydaje mi się, że problem leży po stronie, występujących w „Próbach ognia”, postaci. Pisarz skupił się na osobie Thomasa, tym samym jedynie nakreślając postacie poboczne, bez których szkielet historii niechybnie by się rozpadł. Zapomniał jednak o niezwykle istotnym elemencie, w wielu przypadkach decydującym o sukcesie danego tytułu, a mianowicie – wyrazistej osobowości głównego bohatera.

  Thomas jest typowym przykładem wiecznego szczęściarza. Nie wyznacza się w gruncie rzeczy niczym wyjątkowym, został wraz z pozostałymi dziećmi wytypowany do wzięcia udziału w eksperymencie, więc niby jest taki jak wszyscy, ale nie do końca. Popełnia błędy, wszyscy wokół niego umierają, ale on nie - jemu dopisuje szczęście. Czysty przypadek sprawia, że ludzie mu zawierzają, słuchają go i starają pomagać. Nasz główny bohater jest jednak dość irytującą postacią, bo czy może być coś gorszego od zakochanego nastolatka, myślącego i ciągle nawołującego (mentalnie) swoją sympatię? Ano tak, na przykład dotknięci zarazą ludzie, lubujący się w wycinaniu innym nosów, czy innych części ciała. Autor nie powstrzymał się od pieczołowitego oddania sytuacji osób, dotkniętych Pożogą. I chociaż tego typu opisów nie jest dużo, to jednak są one na tyle wyraziście przedstawione, że wrażliwy czytelnik z pewnością nie zaliczy ich do swoich ulubionych, a przynajmniej do najprzyjemniejszych.

 „Próbom ognia” brakuje tego czegoś, iskry, która byłaby w stanie rozpalić ciekawość czytelnika, zachęcić go do kontynuowania lektury, a przede wszystkim swego rodzaju pomostu, łączącym odbiorcę z głównym bohaterem. Właśnie tego zabrakło mi w czasie lektury drugiego tomu serii  - możliwości wczucia się w Thomasa, kibicowania mu, przeżywania tragedii wraz z nim. James Dashner w wyrazisty i przekonujący sposób zabrał mnie w podróż po wyniszczonej Ziemii, zaznajomił z nękającą ludzi chorobą, jednak nie udało mu się sprawić, aby losy Thomasa i jego przyjaciół nie były mi obojętne. 
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Liczba stron: 414
Data premiery: 14.11.2012r.
Ocena: 3,5/6
Dalsza część recenzji

sobota, 29 marca 2014

Facet idealny, Matthew Hussey

Miłość jest znana z tego, że jest nieprzewidywalna, ponieważ lubi pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Jest niezaprzeczalnie pięknym uczuciem, ale aż za często okazuje się być obrzydliwie okrutna i bezlitosna. Wprowadza do życia szczęście i radość, a w momencie, gdy odchodzi, pozostawia po sobie śmiercionośny dół rozpaczy, który potem tak trudno zasypać. Mimo tego próbujemy dalej, ryzykujemy, stawiając na szali nasze uczucia i serce - szukamy osoby, która okaże się być tą jedyną, właściwą, a przede wszystkim - nam pisaną. Różnice między płciami nie ułatwiają znalezienia odpowiedniego partnera czy też partnerki, dlatego nic w tym dziwnego, że poradniki poświęcone tematyce związków i spraw sercowych cieszą się tak dużą popularnością. 

Matthew Hussey jest popularnym i szanowanym ekspertem w temacie związków i relacji damsko-męskich. Początkowo  prowadził seminaria i kursy skierowane jedynie dla mężczyzn, jednak - pomimo obawy związanej ze zdradą swojej płci - postanowił pomóc także kobietom, odkrywając przed nimi męską psychikę. „Facet idealny. Jak znaleźć, zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę” jest książką składającą się z trzech części, które są związane z wyróżnionymi w podtytule zagadnieniami. Każde z nich zostało odpowiednio rozwinięte i przybliżone, jednak autor skupił się w swoim dziele przede wszystkim na kobiecie. Kluczem do sukcesu jest bowiem poznanie własnej wartości i polubienie samej siebie. Właściwie nie jest to nic nowego czy zaskakującego, ale wiele z nas zapomina o tych podstawach, zaniża swoje wymagania, daje szansę, licząc na nagłą poprawę swego partnera.

Życie nie jest bajką, a miłość i związki przedstawione w książkach czy filmach nie mają przełożenia w rzeczywistości. Znalezienie odpowiedniego partnera okazuje się być tak trudnym zadaniem głównie z powodu braku jakiejkolwiek aktywności i statycznego stylu życia, jaki prowadzimy. Autor nie pominął elementarnej wiedzy, która jest w stanie zapewnić odbiorczyni sukces. Napisany przez Hussey'a poradnik ma wysoką wartość merytoryczną, ponieważ wszystkie zawarte w nim porady i zalecenia są aktualne, a przede wszystkim faktyczne mogą okazać się pomocne. Kolejną i chyba największą zaletą  tej pozycji jest fakt, iż została ona napisana przez mężczyznę, a co za tym idzie – z jego punktu widzenia. Dzięki temu sposób myślenia facetów, ich psychika, staje się bardziej przejrzysta, a sposób postępowania łatwiejszy do przewidzenia.

Matthew Hussey poświęcił kilka rozdziałów na najczęściej zadawane przez kobiety pytania, w tym także to, będące najczęściej zmorą większości kobiet, a mianowicie: „Dlaczego on nie zadzwonił?”. Jest to chyba też jedno z najczęściej wpisywanych zapytań w wyszukiwarce Google, a na  kobiecych forach ciągle poruszany jest ten problem. Podobnie ma się kwestia w przypadku zagadnienia utknięcia w przyjacielskiej sferze, przepisie na wymarzoną randkę czy odpowiedzi na pytania: „Jak stać się jego wymarzoną kobietą?” albo „Czy to TEN Jedyny?”.

Jak widać „Facet idealny” porusza wszystkie najbardziej frapujące i problematyczne zagadnienia. Napisany jest z punktu widzenia mężczyzny, dlatego jest praktyczny oraz godny zaufania. Zamieszczone na łamach stron treści niby zawierają dobrze nam znane informacje, a jednak nie bez powodu tak często dajemy się ponieść uczuciu, zostawiając rozsądek daleko za sobą. Matthew Hussey nie zachęca odbiorcy do rozpoczęcia "gierki" w bycie na przykład zołzą, proponuje w zamian za to skupienie się na swoim wnętrzu, wyjściu do ludzi oraz wykorzystaniu zamieszczonych w poradniku rad.

Czy polecam? Jak najbardziej! „Facet idealny” pozwala spojrzeć na wiele kwestii pod zupełnie innym kątem, a przy tym został napisany prostym i przejrzystym językiem, który zachęca do kontynuowania lektury. Jedynym mankamentem jest dość częste reklamowanie się samego autora oraz podawanie hasła do jego filmików na stronie internetowej. Nie uznałabym tego za wadę, gdyby nie fakt, iż wpisanie kodu jest niemożliwe, ponieważ zainteresowana osoba zostaje przekierowana na jedną z dwóch stron, na których można zakupić napisaną przez niego książkę. Mimo tego, polecam – i to nie tylko singielkom, ale także kobietom będącym w związkach.
Wydawnictwo: Burda
Data premiry: 06.02.2014r.
Liczba stron: 279
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

środa, 22 stycznia 2014

J.R. Ward powraca z nową serią

Dziś mam przyjemność powiadomić, a właściwie przypomnieć, wszystkim starym i nowym fanom J.R. Ward, że nakładem wydawnictwa Videograf ukaże się wkrótce pierwszy tom nowego cyklu powieściowego tej pisarki, autorki serii Bractwo Czarnego Sztyletu.

Od zarania dziejów panuje wojna między siłami światła i ciemności. Wkrótce zostaje wybrany jeden z upadłych aniołów, by na zawsze rozstrzygnął tę walkę. Ma zbawić dusze siedmiu ludzi, z których każdy popełnił jeden z grzechów śmiertelnych. Sprawę utrudnia fakt, że pewien żeński demon chce mu pomieszać szyki...

Trzeba przyznać, że Jim Heron daleko odbiega od ideału niebiańskiego wojownika. Grzech to dla niego pojęcie bardzo elastyczne, a za aniołów uważa członków gangu motocyklowego lub roznegliżowane blondynki. To zmienia się radykalnie, gdy zostanie wybrany do grona "upadłych aniołów" i musi podjąć na ziemi walkę z ciemnymi mocami. Pierwszym przypadkiem, którym ma się zająć, jest biznesmen, który bez skrupułów sprzedał nie tylko swoją duszę, ale uwikłał się w burzliwy romans.


Brzmi ciekawie? To teraz pozostało nam tylko odliczać do premiery "Upadłych aniołów", a ma ona miejsce już 12 lutego.
Tytuł: "Upadłe anioły"

Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 456
Dalsza część recenzji

czwartek, 16 stycznia 2014

Podróż po miłość. Emilia, Dorota Ponińska

Życie jest pasmem niespodzianek, o których decyduje przede wszystkim przeznaczenie. Przekonała się o tym Emilia – główna bohaterka powieści Doroty Ponińskiej – która wychowała się w klasztorze i własnie tam zamierzała pozostać do końca swoich dni. Los jednak lubi płatać figle. Po przybyciu tatarskiego przyjaciela jej ojca, Selima, dziewczyna opuszcza mury bezpiecznego klasztoru. Sytuacja tej dwójki komplikuje się jednak na tyle, że pod groźbą śmierci z rąk ludzi cara dziewczyna jest zmuszona skierować się do Turcji, gdzie liczy na odnalezienie oraz uratowanie swego ojca.  W trakcie tej podróży nie tylko nawiązuje nowe znajomości, ale trafia także w niewolę. Kiedy jej życie znajduje się w niebezpieczeństwie, poznaje Zakira, który zaczyna stopniowo zmieniać jej sposób postrzegania świata. 

 „Podróż po miłość” jest serią książek, na których kartach wykreowane zostały historie miłosne poszczególnych bohaterek. W przypadku jednak tej publikacji mamy do czynienia z młodą i niewinną Emilią, która przez wiele lat żyła w odizolowaniu od świata zewnętrznego. Sprawiło to, iż jednymi z głównych cech charakteru naszej bohaterki jest naiwność oraz łatwowierność – właśnie one notorycznie wplątują ją w kłopoty. Młodka Polka nie ma również doświadczenia w sprawach sercowych, dlatego łatwo ulega urokowi lorda Williama Gainful’a. Skrywa on jednak przed nią swoje prawdziwe oblicze - zboczonego i bezwzględnego fetyszysty.

 Z jednej strony Dorota Ponińska przedstawiła czytelnikowi przewidywalną oraz dość schematyczną historię. Młoda, niewinna dziewczyna ucieka z kraju, walczy z przeciwnościami losu i odkrywa świat z całymi jego urokami, a przede wszystkim z uczuciem, jakim jest miłość. Nie byłoby w tym niczego interesującego, gdyby nie magiczne przedstawienie świata Bliskiego Wschodu, który z każdym kolejnym opisem, czy też kreacją literacką – fascynuje i uwodzi czytelnika z coraz większą siłą. Ciekawym zabiegiem, którym posłużyła się pisarka, było przeplecenie właściwej historii rozdziałami o losach sławnego perskiego poety – Rumiego. Nie tylko urozmaiciło to lekturę „Podróży po miłość”, ale także umożliwiło odbiorcy poszerzenie horyzontów i zapoznanie się z wątkami bibliograficznymi Dżalaloddin’iego, zwanego Rumimim lub Mewlaną.

 Pod względem merytorycznym powieść przedstawia się nieźle. Wykorzystany przez autorkę język jest prosty, a co za tym idzie – prosty w odbiorze. Pojawiające się w „Drodze po miłość” postacie są w gruncie rzeczy dobrymi kreacjami, chociaż bohaterom drugo- czy dalszoplanowym brakuje sporo do ideału. Cały czas miałam wrażenie, jakby byli oni jedynie tekturowym tłem na scenie teatru. Niby są, ale odbiorca nie jest w stanie wyobrazić sobie całkowicie ich osoby, opisać ich kilkoma cechami charakteru. Postać Emilii okazała się niestety niezbyt przyjemną towarzyszką podróży w ten fascynujący świat orientu. Jej naiwność, nieumiejętność postawienia się i wolne kojarzenie faktów irytowały mnie coraz bardziej. Zabrakło jej postaci tego czegoś, pewnego rodzaju iskry, werwy, przy która chociażby pomogła odbiorcy w darzeniu jej uczuciem sympatii, współczucia - czymkolwiek. Na szczęście na planie pojawiła się osoba Jacqueline, która, w moim odczuciu, miała duży potencjał i możliwości, których pisarka do końca jednak nie wykorzystała.

 „Podróż po miłość” jest niezobowiązującą pozycją, której jedynymi zaletami okazały się magia oraz urok w pokazywaniu czytelnikowi tajemnic Bliskiego Wschodu. To właśnie przedstawienie historii losów Rumiego, skierowanie akcji na trochę inny grunt, a mianowicie harem oraz zapoznanie odbiorcy z kulturą Bliskiego Wschodu zachęca do siegnięcia po tę pozycję. Powieść Doroty Ponińskiej jest typowym romansem, choć bardzo subtelnym. Na jej łamach czytelnik nie znajdzie wulgarnych scen czy opisów, jedynie opowieść o dojrzewaniu i odkrywaniu swojej kobiecości.
 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 361
Data premiery: 09.05.2013r.
Ocena: 3/6

 Książkę otrzymałam od wydawnictwa Nasza Księgarnia, za pośrednictwem portalu literatura.juventum.pl


Dalsza część recenzji

środa, 15 stycznia 2014

Wiedźma naczelna, Olga Gromyko

Piąty tom serii o przygodach W. Rednej różni się od poprzednich książek nie tylko okładką, na której rudowłosa wiedźma wygląda zadziwiająco miło, ale przede wszystkim objętością. Zarówno „Zawód: Wiedźma” jak i „Wiedźma opiekunka” składały się z dwóch części, z tą jednak różnicą, iż podzielenie tego drugiego tytułu było nastawione ewidentnie na przyniesienie dodatkowego zysku. Ta sama sytuacja nie powtórzyła się na szczęście w przypadku „Wiedźmy naczelnej”, dlatego czytelnik bez obaw może zapoznać się z przedstawioną historią od pierwszej do ostatniej strony, nie bojąc się utraty rozpoczętego wcześniej wątku. 

„Wiedźma naczelna” opowiada o dalszych losach Wolhy, która ku swojemu przerażeniu została oficjalną narzeczoną Lena – dogewskiego władcy wampirów. Wykorzystując konieczność zebrania materiałów do napisania pracy, opuszcza Dogewę i wyrusza w podróż, wykonując zlecone jej prace. Pierwszym zadaniem, którego się podejmuje, jest pomoc zakonowi Białego Kruka, którego bracia są męczeni i zastraszani przez straszliwego upiora. Pomimo żywej niechęci wyznawców świętego Fenduła, Wiedźma zabiera się do pracy, odkrywając coraz to ciekawsze sekrety zakonu, a także nieczyste plany części jego członków.

Nie byłoby przesadą z mojej strony zaliczyć Olgę Gromyko do listy ulubionych autorów.  Każda z napisanych przez nią książek o W. Rednej charakteryzuje się świeżością, interesującą i wciągającą fabułą, wyrazistymi postaciami oraz świetnym językiem, który potrafi rozbawić czytelnika do łez. Te wszystkie elementy są obecne w każdej z powstałych części. Gwarantują tym samym czytelnikowi kilkugodzinną rozrywkę. W przeciwieństwie do poprzednich tomów, piąta część składa się z sześciu rozdziałów, a te dwa początkowe opowiadają o dwóch różnych zleceniach, których wykonanie spoczywało na barkach naszej wiedźmy. Wraz z rozpoczęciem trzeciego rozdziału, historia zaczęła nabierać tempa, zmuszając odbiorcę do dalszej lektury. Stawianie temu oporu okazało się niemożliwe, a wszelkie obowiązki musiały zostać przełożone, ponieważ ciekawość nie pozwalała na chwilę wytchnienia.

Co jest takiego we wszystkich tomach o W. Rednej, że czytelnik z przyjemnością zapoznaje się z jej historią? Przede wszystkim doskonałość świata przedstawionego, który w każdej z części jest spójny i łatwy do wyobrażenia. Odbiorca nie ma najmniejszych problemów z ujrzeniem oczyma wyobraźni wszystkich miejsc odwiedzonych przez Wolhę czy z wyobrażeniem sobie poszczególnych postaci. Każdy pojawiający się w „Wiedźmie naczelnej” bohater jest wyrazisty i niepowtarzalny. Co prawda postacie z dalszego planu nie są tak dobrze oraz szczegółowo opisane jak nasza urocza wiedźma, ponieważ ta zdobywa sympatię czytelnika za sprawą swojego ciętego języka, uporu i nietypowej relacji ze swoją złośliwą kobyłą.

„Wiedźma naczelna” składa się więc niejako z dwóch części, pierwszej przyjemnej, w której szybkość akcji jest umiarkowana oraz z drugiej, w której czytelnik łączy wcześniej poznane elementy. Ma on również możliwość wyruszyć wspólnie z główną bohaterką i jej przyjaciółmi w podróż, która ma na celu wymierzenie sprawiedliwości. Obecny wątek miłosny nie został na tyle rozbudowany przez autorkę, dzięki czemu pełni on jedynie urozmaicenie właściwej historii, dodając smaczku wszystkim fanom romansów. Wszystko zostało opatrzone jak zwykle dużą dozą humoru, dlatego przyglądanie się wyczynom wiedźmy Rednej jest dla czytelnika niemałą gratką.

„Wiedźma naczelna” okazała się bardzo dobrym uwieńczeniem serii. Zagwarantowała mi, jako czytelnikowi to, co jest dla mnie najistotniejsze – kilkugodzinną rozrywkę, którą ciężko było przerwać. Czy polecam? Jak najbardziej! Fani serii mogą ze spokojem po nią sięgnąć, ponieważ piąty tom serii nie stracił nic na świeżości, natomiast osoby, które jeszcze nie miały okazji poznać tej uroczo wrednej wiedźmy, powinny jak najszybciej nadrobić zaległości.
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

niedziela, 17 listopada 2013

Motyl, Lisa Genova

Alice Howland jest naukowcem oraz wykładowczynią psychologii na jednej z renomowanych uczelni. Na swoim koncie ma sporo sukcesów zawodowych, a oprócz tego ma wszystko, o czym marzyłaby pięćdziesięcioletnia kobieta – kochającego męża, dobrze wychowane dzieci, stabilność finansową oraz pracę, która przynosi jej wiele satysfakcji. Można ją bez problemu nazwać kobietą sukcesu, jednak jej szczęśliwe życie kończy się w momencie, gdy słyszy diagnozę: pomimo stosunkowo młodego wieku choruje na Alzheimera. Każdy kolejny dzień staje się dla niej walką, walką ze swoją własną słabością - pamięcią. Alice ma świadomość, że w najbliższej przyszłości nie będzie pamiętała swoich bliskich, zapomni nawet, jak wykonywać podstawowe czynności. W tym celu stworzyła plan o nazwie „Motyl”, który ma uchronić jej bliskich przed ciężarem i kosztami finansowymi, które wiążą się z opieką nad osobą, chorującą na Alzheimera. 


 Powieść napisana przez tę amerykańską pisarkę porywa czytelnika od pierwszej strony i trzyma w swoich objęciach do samego końca, dodatkowo silnie oddziałując na jego uczucia. Historia Alice opowiedziana jest z punktu widzenia głównej bohaterki, dlatego czytelnik ma możliwość lepszego wczucia i zrozumienia sytuacji, w której się znalazła. W ten sposób dane jest mu obserwować wewnętrzne zmagania głównej bohaterki, która zmuszona jest pogodzić się ze swoją chorobą, a także powiadomić swoich najbliższych, znajomych z pracy oraz uczniów o diagnozie i losie, który na nią czeka.  

 Taki sposób prowadzenia akcji sprawia, że czytelnik ma możliwość obserwować rozgrywające się wydarzenia oraz pogarszający się stan Alice z lepszej perspektywy. Autorka, w celu uwiarygodnienia przedstawionych sytuacji, dodawała coraz więcej chaosu na łamy stron powieści. Czytelnik zauważa drobne, choć niezwykle istotne szczegóły, takie jak np., podawanie różnych odpowiedzi na zapisane pytania, coraz gorzej wykonywane polecenia lekarza, nieskładność wypowiedzi, a także gubienie wątków.

 Z każdym kolejnym rozdziałem choroba postępuje, zabierając Alice to, co najważniejsze- część jej samej. Czytelnik, czytając o losach tej szanowanej psycholożki, automatycznie staje się nie tylko obserwatorem jej zmagań z chorobą, ale także towarzyszem, kompanem, który z niepokojem dostrzega powolną, choć istotną zmianę w jej zachowaniu. Z całkowicie niezależnej i pewnej siebie kobiety zamieniła się bowiem w niepewną i zagubioną osobę, która bez pomocy innych nie da sobie rady. Zapominając coraz to nowszych rzeczy z uporem i niezwykłym trudem stara się normalnie funkcjonować i nie zadręczać swoją dolegliwością bliskich, ta wykonywana przez nią syzyfowa praca oddziałuje na emocjonalną część odbiorcy, który ze smutkiem obserwuje dalszy przebieg tej historii, przewidując jej zakończenie.

 Język, jakim posłużyła się Lisa Genova jest prosty oraz lekki, co ułatwia kontynuowanie lektury. Za sprawą niebanalnej i wzruszającej historii przykleja czytelnika do stron, nie pozwalając mu na zrobienie sobie przerwy. Wszystkie pojawiające się w powieści postacie są wyraziste i ich wyobrażenie nie powinno sprawić odbiorcy najmniejszego problemu, jednak to właśnie osoba Alice najbardziej zapada mu w pamięć. Po pewnym czasie nie tylko zaczyna darzyć główną bohaterkę sympatią, ale także odwraca kolejne strony z nadzieją, że choroba jednak się cofnie lub podawane lekarstwo okaże się skuteczne. Zakończenie tej historii może wydawać się przewidywane, jednak autorka w taki sposób manewrowała piórem, budując w odpowiedni sposób napięcie i prowadząc akcję, że czytelnik, tonąc we własnych łzach, nie będzie w stanie przez dłuższą chwilę się otrząsnąć.


 „Motyl” to wspaniała i niezwykle wzruszająca powieść, która za sprawą opisanej historii zapoznaje czytelnika z inną stroną Alzheimera, który kojarzy się przede wszystkim z chorobą, dotykającą osoby w podeszłym wieku. Pomimo tego, że losy Alice są jedynie fikcją literacką, to możliwość zachorowania na tę chorobę w młodszym wieku jest jak najbardziej możliwa. Lisa Genova za sprawą swojego dzieła była w stanie pokazać czytelnikowi jak wygląda życie z punktu widzenia osoby, która staje się coraz bardziej bezsilna w walce z Alzheimerem, a zarazem coraz mniej świadoma popełnianych przez siebie błędów. Czy polecam? Jak najbardziej! Powieść pt. „Moty” zasługuje na większą uwagę każdego czytelnika bez wyjątku, a fakt, iż jest to lektura wartościowa i skłaniająca do refleksji sprawia, że jej przeczytanie jest wręcz wskazane. Polecam!
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 365
Data premiery: 31.05.2011r.
Dalsza część recenzji

sobota, 2 listopada 2013

Siła trucizny, Maria V. Snyder

 Yelena spędziła ostatnie miesiące w lochach, czekając na swoją egzekucję. Za zabicie człowieka grozi bowiem w Iksji jedyna, a zarazem najwyższa kara – śmierć. Nie jest istotne, że zamordowanie syna jej opiekuna Brazella wynikało z samoobrony. Pewna zbliżającego się końca cierpienia ze spokojem i obojętnością znosiła kolejne baty oraz kopniaki, nie była jednak przygotowana na propozycję, którą otrzymała. W zamian za darowanie jej życia miała pełnić funkcję testerki żywności komendanta aż do czasu, gdy jedna z próbowanych potraw nie okaże się dla niej zabójcza. Yelena uczy się pod okiem Valek’a rozpoznawać poszczególne trucizny, jednak ryzyko otrucia nie jest tak duże jak w przypadku śmierci z rąk jednego z ludzi jej byłego opiekuna, a ojca zamordowanego Reyada, który za jej głowę wyznaczył sporą nagrodę. Każdy kolejny dzień jest więc dla niej jedną wielką niewiadomą, a fakt, że Yelena posiada w sobie również zdolności magiczne sprawia, że grozi jej jeszcze większe niebezpieczeństwo. W Iksji na magów czeka bowiem jedynie śmierć. 

 Język wykorzystany przez Marię V. Snyder jest prosty, dlatego książkę czyta się bardzo szybko. Wpływ na to tempo ma nie tylko pióro autorki, ale także wciągająca historia, na którą składa się spora liczba opisów walk i prób uniknięcia śmierci przez główną bohaterkę – Yelenę. Dobra kreacja pojawiających się w powieści postaci sprawia, że każdy czytelnik bez trudu jest w stanie śledzić akcję oraz ich losy. Są oni na też tyle wyraziści, że poszczególne osoby nie stają się dla odbiorcy obojętne, zwłaszcza Yelena oraz doradca komendanta, a zarazem główny skrytobójca – Valek. Perypetie tej dwójki oraz tworząca się pomiędzy nimi więź zachęcają do kontynuowania lektury i jeszcze szybszego przesuwania wzrokiem po zapisanych stronicach powieści.

 „Siła trucizny” jest początkowo jedną niewiadomą, ponieważ historia losów głównej bohaterki nie jest od razu czytelnikowi znana. Strzępy wspomnień, powód oskarżenia, a także okrutny sposób postępowania wobec uwięzionej Yeleny, dają nam informacje na temat trudności i okropieństw, jakich musiała doświadczyć przed schwytaniem. Z każdym kolejnym rozdziałem jej historia zaczyna nabierać logicznego i spójnego kształtu, który sprawia, że odczuwa się w stosunku do niej jeszcze większą sympatię, a wszystko to z powodu rodzącego się współczucia.

  Autorka w rzeczywisty sposób opisała perypetie Yeleny, która od początku pobytu na dworze musi radzić sobie z różnego rodzaju problemami, a przede wszystkim z nienawiścią pałającą do niej ze strony części służby. Największym mankamentem powieści jest, w mojej opinii, brak opisów dotyczących kreacji świata, rzeczywistości, w której przyszło żyć głównej postaci. Na temat praw, rządzących krajem Iksji, nie wiemy za wiele, ponieważ pisarka ograniczyła się do przedstawienia dwóch głównych zasad. Opis związany z historią ziem też jest stosunkowo ubogi, co dość poważnie utrudnia zbudowanie jego całkowitego obrazu.


 „Siła trucizny” wprowadza czytelnika do zupełnie innego świata, w którym nie brakuje intryg, ryzyka i niebezpieczeństwa. To wszystko osnute jest magicznym klimatem, zapewniającym kilka godzin dobrej i całkowicie pochłaniającej rozrywki. Przyśpieszająca, co jakiś czas, akcja nie pozwala uwolnić się spod wpływu lektury, zachęcając odbiorcę do dalszego czytania. W tym celu pisarka zamieściła w „Sile trucizny” różnego rodzaju urozmaicenia, od zwrotów akcji, opisów walki, po subtelnie wprowadzany i rozwijany wątek miłosny, pełniący jedynie rolę dodatku do właściwej części historii. Powieść napisana przez Marię V. Snyder jest niezobowiązującą lekturą w sam raz na chłodne wieczory, ponieważ zapoznanie się z interesującymi losami Yeleny jest jedynie kwestią czasu. 
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 380
Data premiery: 23.02.2012r.
Dalsza część recenzji

poniedziałek, 21 października 2013

Pollyanna, Eleanor H. Porter

 „Pollyanna” jest powieścią, opowiadającą historię tytułowej bohaterki – małej dziewczynki, która niedawno straciła ojca. Sierotę zgodziła się wziąć pod swój dach jej ciotka, a zarazem siostra jej zmarłej matki. Nie zrobiła tego jednak z miłości czy współczucia, na ten gest zdecydowała się, bo „tak trzeba”. Pollyanna po przyjeździe zamieszkuje w dużej posiadłości i stopniowo zdobywa serca coraz to większej rzeszy ludzi, w tym swojej oschłej i surowej ciotki. Swoją czystością i niewinnością, a przede wszystkim pozytywnym nastawieniem do życia, odmienia nie tylko serca osób z najbliższego otoczenia, ale także pozostałych mieszkańców miasteczka. Za jej sprawą, liczba grających w „pozytywne myślenie” rośnie, a w ich życiu pojawia się o wiele więcej radości.

 Powieść napisana przez Eleanor H. Porter jest klasyką gatunku i zapewne nie tylko mi kojarzy się ona przede wszystkim z dzieciństwem. Ta niewinna opowieść porywa czytelnika od pierwszych stron, a za sprawą swojego ponadczasowego przesłania zapisuje się w jego umyśle na długi czas. Pisarka w umiejętny sposób operowała piórem, stopniowo rozbudzając w odbiorcy ciekawość, do czego wykorzystane zostały opisy coraz to ciekawszych perypetii naszej niezwykle żywiołowej i uśmiechniętej bohaterki. Akcja nie jest szybka, co z pewnością można, w przypadku „Pollyanny”, uznać za jej niewątpliwą zaletę. W ten sposób autorka umożliwiła czytelnikowi jak najdłużej czerpać przyjemność z lektury.

 Na „Pollyannę” składa się nie tylko mądra i lekka opowieść, ale także bardzo wyraziste i zdobywające sympatię postacie, a zwłaszcza tytułowa bohaterka – Pollyanna. Za sprawą jej kreacji czytelnik z uśmiechem na twarzy przewraca kolejne strony. Rzadko kiedy w książkach spotyka się tak pozytywne i dobre postacie, a właśnie tego typu bohaterką jest nasza sierota. Odbiorca wyczuwa jej dobrą energię, a przedstawione przez pisarkę przygody tej małej dziewczynki stają się niezapomnianą lekcją dla każdego, bez względu na wiek czy płeć.

 Powieść autorstwa Eleanor H. Porter nie tylko zapewnia kilkugodzinną rozrywkę, przede wszystkim uczy i pokazuje, jak na powrót cieszyć się z małych rzeczy. Za sprawą tej pozycji czytelnik zacznie odczuwać radość i znajdzie w sobie chęci, aby dołączyć do zabawy, praktykowanej przez Pollyannę. Na łamach stron powieści przedstawione zostały różnorodne sytuacje, dlatego oprócz radości czy współczucia, odbiorca będzie też odczuwał wzruszenie, a nawet smutek i niedowierzanie, związane z pewnego rodzaju wydarzeniami.


 „Pollyanna” jest książką magiczną, po którą mogą sięgać zarówno młodsi, jak i starsi czytelnicy. Chociaż w tym roku minęło sto lat od pierwszego wydania, to powieść napisana przez tę amerykańską autorkę nie straciła w sobie ani grama uroku, a jej przekaz jest w dalszym ciągu ponadczasowy.  Muszę na koniec dodać, że wydanie „Pollyanny”, które ukazało się spod nakładu wydawnictwa Egmont, zrobiło na mnie duże wrażenie, a wszystko za sprawą prześlicznej szaty graficznej, na którą składa się okładka powieści.
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 270

Data premiery: 26.09.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Egmont, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

wtorek, 15 października 2013

Dziedzictwo, C.J. Daugherty

 Allie w dalszym ciągu trudno jest uwierzyć, że jej brat podpalił Akademię Cimerii, narażając życie jej i pozostałych uczniów na niebezpieczeństwo. Z wieloma obawami powróciła więc do murów szkoły, w której kształciła się przez ostatni rok. Jej życie nie tylko uległo ogromnym zmianom, ale w dalszym ciągu się zmienia. Allie została od tego roku szkolnego przypisana do Nocnej Szkoły, w której będzie uczyć się, w jaki sposób walczyć i się bronić, a także odróżniać przyjaciół od wrogów. Nad główną bohaterką wisi bowiem ogromne niebezpieczeństwo, które jest związane z jej pokrewieństwem z Lucindą – wpływową kobietą, mającą niemałe znaczenie na arenie międzynarodowej. Główna bohaterka będzie musiała nie tylko wiele się nauczyć, aby udowodnić swoją wartość, będzie też zmuszona zdecydować, komu tak naprawdę zaufa. 

 Drugi tom napisany przez C.J. Daugherty wciąga czytelnika od pierwszej strony, a wszystko za sprawą szybkiej i wartkiej akcji, która została wykorzystana przez pisarkę już na samym początku lektury. Pomiędzy premierą pierwszej a drugiej części serii, opowiadającej o losach zbuntowanej Allie, minęło kilka miesięcy, jednak odbiorca nie ma najmniejszych problemów z powtórnym wdrożeniem się w przedstawioną historię. Ogromną zaletą pióra autorki jest również to, że nie zamęczała ona czytelnika licznymi opisami, mającymi na celu przypomnienie poszczególnych wątków opisanych w poprzedniej części pt. „Wybrani”. Wszystko zostało dodane w subtelny sposób, który nie drażnił i nie męczył.

 Pojawiające się na łamach stron powieści postacie są już dobrze znane czytelnikowi, który za sprawą tej części poznaje dwóch kolejnych bohaterów, w tym ojca Rachel, odpowiedzialnego za ochronę akademii. Podobnie, jak to miało miejsce w „Wybranych”, ich kreacje są dobre, ponieważ wyraziste i bardzo zróżnicowane. Każdy wnosi do lektury coś innego, jednak to Allie i dwójka zakochanych w niej chłopaków wiodą w tej kwestii prym. Główna bohaterka była w pierwszym tomie przykładem przeciwności, z jednej strony zbuntowana i problemowa, a z drugiej zraniona i szukająca otuchy nastolatka. W „Dziedzictwie” nie mamy już do czynienia z dziewczyną o dwóch osobowościach, jej postać wyostrzyła się, a przede wszystkim – unormowała, zmierzając w jednym, konkretnym kierunku.

 W „Dziedzictwie” nie zabraknie wątku miłosnego, rozpoczętego w pierwszym tomie serii. Autorka nie zrobiła z niego (na szczęście) przewodniego motywu, przez który książka mogłaby przybrać postać młodzieżowego harlequina. Związek między Allie a Carterem zaczyna zmierzać w dobrym kierunku, jednak obecność Sylvain’a wszystko komplikuje, tworząc pomiędzy główną bohaterką a jej chłopakiem spore napięcia. Przedstawione perypetie miłosne nie zachwycają odbiorcy, przywodzą bardziej na myśl trochę wydumane problemy nastolatek, ale nie zmienia to faktu, że obecność tego wątku niesamowicie urozmaica lekturę powieści.


  Książka napisana przez C.J. Daugherty okazała się być dobrą kontynuacją serii, która zdobyła już tysiące fanów na całym świecie. „Dziedzictwo” nie straciło w sobie uroku, obecnego w pierwszym tomie, chociaż jego lektura jest trochę inna, bo dojrzalsza. Allie nie jest już tą samą zagubioną uczennicą, stała się twardsza i rozważniejsza. Drugą część mogę polecić więc z czystym sumieniem wszystkim fanom serii, ponieważ stanowi ona kilkugodzinną odskocznię od rzeczywistości, zapewniającą rozrywkę i odprężenie.
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 394
Data premiery: 26.09.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte, za co serdecznie dziękuję!
.
Dalsza część recenzji

niedziela, 6 października 2013

Alicja w Krainie Zombi, Gena Showalter

 Alicja w dniu swoich urodzin straciła swoich najbliższych: mamę, ojca oraz ukochaną siostrę. Jej życie zostało całkowicie wywrócone do góry nogami, a liczne wątpliwości związane z tym nieszczęśliwym wypadkiem nie dają jej cały czas spokoju. Po zmianie otoczenia i przeprowadzeniu się do dziadków, Alicja powoli dochodzi do siebie i próbuje zacząć nowe życie w innym mieście, jednak wokół niej zaczyna się dziać coraz więcej dziwnych rzeczy – na niebie pojawia się chmura w kształcie królika, ona sama widzi swoją zmarłą siostrę, a nocami niedaleko jej domu przemykają dziwne postacie. Alicja coraz częściej zaczyna się zastanawiać, czy teorie snute przez jej zmarłego ojca, dotyczące istnienia zombie, były na pewno jedynie jego wymysłem. Już wkrótce będzie miała okazję się o tym przekonać, i to na własnej skórze. 

 Język wykorzystany przez tę amerykańską autorkę jest prosty i przystępny dla współczesnego czytelnika, dlatego lektura „Alicji w Krainie Zombi” jest jedynie kwestią czasu. Za sprawą dokładnych opisów odbiorca jest w stanie z łatwością wyobrazić sobie nie tylko przedstawione miejsca, ale także pojawiające się na łamach stron postacie. Nie wszystkie ich kreacje zostały jednak przez autorkę tak dobrze i wyraziście opisane, jak chociażby, tytułowa Alicja. Znaczna większość zdaje się być jedynie dodatkiem do historii, opowiadającej o losach osieroconej dziewczyny, tłem, w którym znaleźli się z musu.

 Muszę przyznać, że lektura tej przepięknie wydanej powieści nie usatysfakcjonowała mnie całkowicie. Jest to związane przede wszystkim z tym, że po „Alicji w Krainie Zombi” spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Miałam chociażby nadzieję na historię przypominającą nieśmiertelny twór Lewisa Carrolla pt. „Alicja w Krainie Czarów”. Z drugiej jednak strony dobrze się stało, że Gena Showalter nie bazowała całkowicie na wszystkim dobrze znanej książce. Wykazała się w ten sposób nie tylko inicjatywą, ale też kreatywnością i niebanalnym pomysłem. Pisarka z oryginalnego dzieła Lewisa zaczerpnęła jedynie motyw pojawiającego się królika, chociaż i on został przez nią znacznie zmodyfikowany.

 „Alicja w Krainie Zombi” jest typową powieścią młodzieżową, w której nie zabraknie wątku miłosnego, tak lubianego przez większą część czytelników. Okazał się on jednak być – ku mojemu rozczarowaniu - najsłabszym elementem tej pozycji. Autorka nie wykorzystała w stu procentach potencjału swojej historii, a wszystko za sprawą niesamowicie banalnej i mdłej historii miłosnej, rozgrywającej się pomiędzy główną bohaterką – Alicją a Cole’em, chłopakiem, uznawanym za najniebezpieczniejszego w szkole. Już nawet ten typowy schemat można by przeżyć, jednak dodany przez pisarkę motyw przeżywanych wizji, po których główna bohaterka nie może złapać tchu, okazał się być elementem całkowicie niszczącym i skazującym ten wątek na śmieszność.


 Akcja powieści nie zachwyca również swoją szybkością, ponieważ przez większą część lektury jest zdecydowanie wolna. Co jakiś czas przyśpiesza, zmuszając czytelnika do szybszego czytania, jednak nie dzieje się to zbyt często. Ilość pojawiających się na łamach stron opisów walki naszej bohaterki z zombie nie powala, można je właściwie policzyć na palcach jednej ręki, a prawie zawsze kończą się one w ten sam sposób. Historia przedstawiona przez Genę Showalter jest przewidywalna i pozostawia wiele do życzenia, mam jednak nadzieję, że drugi tom, jeżeli się pojawi, zrobi na mnie lepsze wrażenie.  „Alicja w Krainie Zombi” okazała się być typowym paranormalnem dla nastolatek, od którego nie można oczekiwać niczego więcej niż dobrej, kilkugodzinnej odskoczni od rzeczywistości. 
Ocena: 3/6
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 512
Data premiery: 12.09.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Mira, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

piątek, 20 września 2013

Ocalić Julię, Suzanne Selfors

Mimi Wallingford nie ma łatwego życia, ponieważ jako prawnuczka sławnej aktorki, a zarazem założycielki teatru, musi być zawsze najlepsza. Od dziecka uczyła się tekstów ról na pamięć, ćwiczyła i dawała z siebie wszystko, aby zachwycić publiczność oraz zadowolić swoją matkę. Sztuka Szekspira, w której przypadła jej rola tytułowej postaci, okazuje się być jednak ponad jej siły. Mimi nie potrafi poradzić sobie z tremą i jeden dość nieprzyjemny incydent, naraża ją na pośmiewisko. Na domiar złego, rolę Romea otrzymał zadufany w sobie idol nastolatek, a jej mama nie potrafi zrozumieć, że Mimi ma inne marzenia, niezwiązane z teatrem. W dniu przedstawienia, za sprawą tajemniczego wisiorka i zamkniętego w nim pyłu, młoda aktorka wraz z Troyem przenosi się do szekspirowskiej Werony, gdzie historia Romea i Julii zaczyna rozgrywać się na ich oczach. 


„Ocalić Julię” jest powieścią skierowaną przede wszystkim do młodzieży, która lubi lekkie i całkowicie niezobowiązujące pozycje. Suzanne Selfors do przedstawienia tej historii wykorzystała prosty, współczesny język, a zawarty na łamach stron humor ułatwia czytelnikowi szybsze czytanie. To przede wszystkim pióro autorki jest główną zaletą tego tytułu, ponieważ potrafiła ona w dobry sposób oddać urok Werony, zapewniając odbiorcy sporą dawkę rozrywki. Nawet dość statyczną akcję trudno uznać za wadę, ponieważ taki sposób jej prowadzenia zdaje się stanowić spójną całość wraz z innymi elementami składającymi się na tę książkę.

Pisarka zainspirowała się twórczością Szekspira, a właściwie jedną jego sztuką, opisującą tragiczną miłość dwojga młodych osób – Romea i Julii. Tworząc fabułę swojej powieści, zaczęła zmieniać oryginalny twór, bawiła się akcją i wykorzystała przewodni motyw, wysyłając swoją główną bohaterkę do Werony. Na czytelnika czeka więc zupełnie inna historia, chociaż wciąż oparta na podobnych schematach. Przewodnią postacią w tej książce jest Mimi, dlatego bohaterka szekspirowskiej sztuki zeszła na drugi plan. Jej kreacja różni się od tej dobrze nam znanej, a fakt, iż wszyscy mieszkańcy Werony posługują się współczesnym językiem oraz robią dość zabawne rzeczy, pełni rolę ciekawego urozmaicenia.

Najbardziej wyrazistą postacią z całej lektury jest Mimi. Targane nią emocje i wątpliwości zostały w bardzo dobry sposób przedstawione przez autorkę. Czytelnik może poczuć jej rozgoryczenie oraz zawód związany z planami niszczonymi przez jej matkę. Z miejsca zapała też do niej sympatią, ponieważ jej zabawne perypetie zapewnią mu rozrywkę na kilka godzin. Inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych bohaterów pojawiających się na łamach powieści. Nie są oni tak dopracowani i wyraziści, dlatego odbiorca ma wrażenie, że pojawili się dla samej zasady i pełnią funkcję tła dla opisania losów młodej aktorki.

„Ocalić Julię” jest dobrym, choć całkowicie przewidywalnym tworem przenoszącym czytelnika do magicznej Werony, ukazanej w inny niż dotychczas sposób. Zawarty w książce humor bawi i rozśmiesza odbiorcę, dlatego pozostawiający wiele do życzenia wątek miłosny pomiędzy Mili a Troyem nie stanowi dla niego aż tak dużej przeszkody. Do sięgnięcia po ten tytuł mogę więc zachęcić przede wszystkim osoby, które nie mają nic przeciwko wolnym akcjom i chciałyby poświęcić swój wolny czas na lekką i niezobowiązującą lekturę.
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 274
Data premiery: 20.04.2013r.
Ocena: 4/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Akapit Press, za pośrednictwem portalu juventum.pl, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

środa, 11 września 2013

Malarka słów, Laura Esquivel

 Malinalli została w młodym wieku zaprowadzona przez matkę na targ i tam też sprzedana. Od tamtego momentu zmieniała swoich właścicieli, aż trafiła w ręce dowódcy hiszpańskiej floty – Hernán’a Cortés’a. Siła, niemała inteligencja oraz przede wszystkim jej uroda nie umknęły jego uwadze, dlatego też wkrótce została nie tylko jego kochanką, ale także tłumaczką. Za jej sprawą rdzenni mieszkańcy Meksyku uwierzyli, że przybyli Hiszpanie są wcieleniem prawdziwych bogów, dlatego bez oporu się im poddawali, ułatwiając Europejczykom podbój tego kraju. Malinalli z początku wierzyła, że za sprawą pełnionej funkcji będzie w stanie uratować kulturę swojego ludu, jednak dopiero po czasie zorientowała się jak okrutnym i bezwzględnym człowiekiem jest Cortés. 

 „Jak to możliwe, że pierwszym słowem w języku nahuatl, jakiego zapragnął nauczyć się Cortés, było właśnie słowo „złoto”, a nie „kukurydza”?”*

 „Malarka słów” jest powieścią, która przenosi nas do zupełnie innego świata. Wykreowany przez pisarkę obraz podbojów Azteków przez Hiszpan, nie pozwala oderwać czytelnikowi wzroku znad lektury. Książkę Laury Esquivel porównałabym bez zastanowienia do baśni, ponieważ w jej wnętrzu czeka na czytelnika magiczna treść, wypełniona wierzeniami Indian prekolumbijskich, niepowtarzalnymi opisami przyrody oraz rysunkami, na których widnieją przedstawione sytuacje. Te wszystkie elementy stanowią jedną spójną i niesamowitą całość.

 Poprzednia powieść napisana przez Laurę Esquivel pt. „Przepiórki w płatkach róży” nie wywarła na mnie dobrego wrażenia. Na szczęście, podobnie negatywnych emocji nie odczuwałam w czasie lektury „Malarki słów”, ponieważ styl autorki okazał się być zupełnie inny, przystępniejszy, dzięki czemu książkę czytało się zadziwiająco łatwo, powiedziałabym nawet, że się ją wręcz pochłaniało. Wpływ na taki odbiór treści ma przede wszystkim zupełnie odmienna kreacja głównej bohaterki, która z miejsca zdobywa sympatię odbiorcy. Laura Esquivel wykonała kawał dobrej roboty przy tworzeniu postaci Malinalli, ponieważ udało jej się przedstawić zupełnie odmienną mentalność azteckiej dziewczyny i właśnie za sprawą tej inności, czytelnik zapoznaje się z jej dalszymi losami z rosnącą fascynacją.

 Laura Esquivel do napisania „Malarki słów” posłużyła się wieloma źródłami historycznymi i przy ich dogłębnej analizie była w stanie przedstawić w tak rzeczywisty sposób losy i wybory głównej bohaterki. Postać Malinalli do tej pory wzbudza wiele kontrowersji, zwłaszcza wśród ludności Meksyku. Opinie i oceny jej postępowania są różne, autorka nie chciała być jednak kolejną z wielu ją usprawiedliwiających czy oskarżających. Przy pomocy fikcji literackiej przedstawiła nam jedynie bliżej jej historię, a co za tym idzie – umożliwiła czytelnikowi w zupełnie inny sposób spojrzeć na wybory, których dokonała.

 Historia w szkołach jest na tyle okrojona, że o postaci Malinalli się nie wspomina. Podręczniki ograniczają się jedynie do krótkiej wzmianki na temat Hernán’a Cortés’a i jego ‘osiągnięcia’. Dzięki „Malarce słów” byłam jednak w stanie bliżej zapoznać się z historią podbicia cywilizacji Azteków oraz z niesamowicie intrygującymi wierzeniami tego plemienia. Powieść napisana przez Laurę Esquivel jest bez wątpienia pozycją wartą większej uwagi, dlatego mogę polecić ją każdemu, bez wyjątku.
*208
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 236

Data premiery: 17.07.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

środa, 4 września 2013

Ojciec chrzestny, Mario Puzo

„Ojciec chrzestny” należy niezaprzeczalnie do klasyki gatunku, a nakręcony na podstawie powieści film okazał się być genialnym tworem, który zdobył sporą rzeszę fanów, w tym także mnie. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że książki są zazwyczaj o wiele lepsze od produkcji filmowych. Czy tak też było i w tym przypadku?

 Rodzina Corleone oficjalnie trudni się handlem oliwą, jednak w rzeczywistości do głównych zajęć zarobkowych należy m.in. hazard i lichwiarstwo. Na jej czele stoi Don Vito Corleone - poważny, nieznoszący sprzeciwu człowiek, którego przyjaźń jest bezcenna. Na jego pomoc może bowiem liczyć każdy bez wyjątku, jedynym warunkiem jest gotowość odwdzięczenia się rodzinie w dowolnym momencie. Co sprawia, że do Ojca Chrzestnego zwraca się tyle ludzi? Przede wszystkim jego dalekosiężne wpływy m. in. w policji, gazecie, a także i w rządzie. Kiedy Don Vito odrzuca propozycję uczestnictwa w narkotykowym biznesie, atmosfera w Nowym Jorku ulega zmianie, a następne wydarzenia zmuszają synów dona oraz wszystkich pracowników rodziny Corleone do udowodnienia swojej wartości. 

 Pierwszym elementem powieści, na który warto zwrócić przede wszystkim uwagę, jest wykorzystany przez autora język, który pozwala czytelnikowi z miejsca wczuć się w klimat mafijnej historii. Składają się na niego długie i rozbudowane opisy, umożliwiające dokładniejsze wyobrażenie sobie poszczególnych postaci oraz miejsc. Mario Puzo prowadził akcję w dość nietypowy sposób, tak różny od większości powieści, mianowicie: przedstawiał wydarzenia jakby od tyłu. Co to oznacza? Wpierw opisywał skutek, a następnie cofał się w przeszłość, omawiając przyczyny, motywacje i historie poszczególnych postaci. Taki sposób manewrowania piórem nie przypadnie każdemu do gustu, ponieważ wprowadza na łamy stron powieści sporo chaosu, do którego czytelnik przyzwyczaja się dopiero po pewnym czasie.

 Drugim najlepszym, nie licząc fabuły, elementem powieści są pojawiające się w „Ojcu chrzestnym” postacie. Mario Puzo musiał zadać sobie wiele trudu przy ich tworzeniu, ponieważ kreacja wszystkich bohaterów, nawet tych drugo i trzecioplanowych, wyszła mu wprost genialnie. Osobowości każdej z nich są bardzo różnorodne, a dobre i rzetelne opisy pozwalają na lepsze ich zrozumienie. Co za tym idzie, granice między dobrem a złem zostają w powieści praktycznie całkowicie zatarte, a czytelnik nie jest w stanie jednoznacznie ocenić ich postępowania. Z jednej strony wie on, że główni bohaterowie są częścią mafii i potrafią bez mrugnięcia oka pozbawić życia drugiego człowieka, a jednak nie tylko trzyma za nich kciuki, cieszy się z ich zwycięstw, a nawet ubolewa w przypadku potknięć czy doświadczonych przez nich porażek.

 „Są rzeczy, które trzeba zrobić, i robi się je, ale nigdy o nich nie mówi. Nie próbuje się ich usprawiedliwić. Są nie do usprawiedliwienia. Po prostu się je robi. A potem o nich zapomina.”*

 Na „Ojca chrzestnego” składają się historie kilku bohaterów. W pierwszym kontakcie te opisy mogą wydawać się ze sobą niepowiązane, jednak kontynuując lekturę okazuje się, że ich obecność nie jest tak zupełnie przypadkowa. Mario Puzo zapoznaje czytelnika z bezlitosnym światem mafii oraz funkcjonowaniem jednej z takich rodzin, która pomimo przynależności do tego ciemnego światka w dalszym ciągu pozostaje wspólnotą i jej głównymi dewizami są: miłość, szacunek, i oczywiście dobre jedzenie.

 „Ojciec chrzestny” to powieść godna polecenia. Ciężko dopatrzeć się w niej wad, chociaż z niezrozumiałych dla mnie powodów, nie byłam w stanie zaznajomić się z przedstawionymi wydarzeniami jednego dnia. Opisywana historia momentami zdawała się mnie przytłaczać, dlatego byłam zmuszona zapoznawać się z nią partiami. Nie zmienia to faktu, iż napisana przez Mario Puzo książka całkowicie mnie oczarowała, odkrywając przede mną zupełnie inny, choć fascynujący świat, w którym za błędy trzeba płacić, bez względu na posiadane pieniądze czy status społeczny.
Ocena: 6/6
*158str.
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 478
Data premiery: 10.11.2007r.


Dalsza część recenzji

środa, 28 sierpnia 2013

Rytuał babiloński, Tom Knox

 Starożytne cywilizacje fascynowały i w dalszym ciągu fascynują historyków, którzy pragną poznać jak najwięcej szczegółów dotyczących ich dawnego życia, tradycji i zwyczajów. Podobnie było w przypadku kultury Moche, która wraz z całą swoją perwersją i agresją stanowiła nie lada zagadkę dla badaczy, w tym także dla antropolożki Jessicy Silverton, prowadzącej w Peru badania na temat tej przedziwnej cywilizacji. Z każdym kolejnym odkryciem dochodzi do coraz dziwniejszych sytuacji, a także wypadków, kosztujących niektóre osoby życie. W tym samym czasie szanowany profesor historii Archibald McLintock popełnia samobójstwo, z którym nie może pogodzić się jego córka. Wspólnie z australijskim dziennikarzem wyrusza w podróż, odtwarzając poczynania swojego ojca. Czy uda im się odkryć tajemnicę, przez którą historyk stracił życie? I co mają z tym wszystkim wspólnego masowe samobójstwa młodych i bogatych dzieciaków? 

 „Rytuał babiloński” jest fikcją literacką, o czym już na wstępie uprzedza czytelnika autor. Tom Knox przy pisaniu tej powieści korzystał z wielu źródeł historycznych oraz archeologicznych, ale prawdziwą inspirację stanowiła dla niego kultura Moche i losy templariuszy.  To przede wszystkim tymi dwoma elementami pisarz urozmaicił lekturę „Rytuału babilońskiego”, oplatając opisane wydarzenia tajemnicą starożytnego ludu oraz zakonu, wokół którego w dalszym ciągu krąży wiele legend i opowieści.

  Użyty przez Toma Knox’a, a właściwie Seana Thomasa, który posługuje się pseudonimem, język jest prosty i łatwo przyswajalny, dlatego czytanie książki nie sprawia większych problemów. Autor nie oszczędził jednak odbiorcy opisów drastycznego przykładu samookaleczania. Sprawy młodych i bogatych osób, które pozbawiły się życia poprzez odcinanie sobie kończyn i części ciała, prowadzone są przez brytyjskiego inspektora Ibsena, który stara rozwiązać tę sprawę. Czytelnik z oczywistych powodów także zmuszony jest wziąć w niej udział, a opisany przez pisarza stan ofiar wywołuje u odbiorcy nieprzyjemne uczucie. Osoby, które mają dobrze rozwiniętą wyobraźnię, będą za jej pomocą widzieć okropieństwa, jakich poszczególne postacie się dopuściły. 

  Pisarz przy pomocy kilku postaci – antropolożki, dziennikarza i córki zmarłego historyka oraz inspektora policji, prowadzi historie z różnych miejsc na świecie, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Z biegiem wydarzeń, czytelnik dostrzega coraz więcej podobieństw pomiędzy kulturą Moche, a sprawami tajemniczych morderstw, a właściwie aktów samookaleczania. Autor nie śpieszy się z rozwinięciem akcji, w zamian za to, zapoznaje czytelnika z różnego rodzaju miejscami, historycznymi budynkami i tradycjami. Odbiorca ma w ten sposób okazję poszerzyć swoją wiedzę w prosty i przystępny sposób. Tom Knox nie męczy go typowo akademickim żargonem i nie zasypuje go od razu informacjami.

 „Rytuał babiloński” to pozycja, która przypadnie do gustu przede wszystkim fanom twórczości Dana Browna, a więc wszystkim miłośnikom powieści z tajemnicami, zagadkami i historią w tle. Twór Toma Knox’a ciekawi do samego końca, chociaż ja osobiście odczuwałam w czasie lektury pewien niedosyt. Powodem może być brak szybkiej i wartkiej akcji, która pochłonęłaby mnie – czytelnika - na kilka długich godzin. Pomimo tego polecam, zwłaszcza osobom, które chciałyby zaznajomić się trochę bliżej z pradawną cywilizacją, w której rytualne morderstwa, seks ze zwierzętami i zmarłymi, a także trwałe okaleczanie było na porządku dziennym.
Ocena: 5-/6
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 390
Data premiery: 19.06.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji
Blogger Template by Clairvo