wtorek, 11 listopada 2014

Obłęd serca, Chelsea Cain

Od jakiegoś czasu w mieście giną młode dziewczyny w podobnym wieku. Śledztwem zajmuje się Archie Sherdan, przełożony zespołu śledczego, który po niespełna dwoch latach przerwy wrócił do pracy w policji. Mogłoby się wydawać, że nie różni go nic szczególnego od pozostałych funkcjonariuszy prawa, a jednak on jako jedyny zdołał schwytać seryjną morderczynę, która przez 10 lat zabijała przypadkowe ofiary. Gretchen, wykazując niezwykle wysoki poziom inteligencji oraz typową dla psychopatów umiejętność zjednywania sobie ludzi, porwała policjanta i przez dziewięć kolejnych dni powoli go uśmiercała, urozmaicając mu czas wymyślnymi torturami. Z tajemnicznych jednak powodów nie pozwoliła Archiemu umrzeć, zadzwoniła po karetkę, tracąc przy tym wolność. Teraz w mieście ponownie pojawia się seryjny morderca, a policja ma coraz mniej czasu, gdyż życie kolejnej uczennicy wisi na włosku. Archie rozpoczyna dochodzenie, mając u swego boku ekscentryczną dziennikarkę Susan, której zadaniem jest napisanie serii odpowiednich artykułów. 

Ostatnimi czasy bardzo wzięło mnie na seryjnych morderców, szczególnie na nadwyraz inteligentnych psychopatów lub socjopatów, którzy z łatwością potrafią manipulować, omamiać i z zadziwiającą precyzją zabijać innych ludzi. Taką właśnie osobą okazała się być pozbawiona skrupułów Gretchen Lowell, która według opinii publicznej po raz pierwszy okazała łaskę swojej ofierze. „Obłęd serca” autorstwa Chelsea Cain rozpoczyna się sceną z porwania Sherdana i pierwszymi jego chwilami w zamknięciu z seryjną morderczynią. Kiedy już autorce udało się wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, a za sprawą odpowiednich opisów przyprawić go o dreszcze bólu, przeszła do przedstawienia przewodnich wydarzeń powieści, związanych ze sprawą porwań i morderstw młodych dziewczyn.

Opisana historia składa się z przeplatających się ze sobą rozdziałów, odpowiednio napisanych z punktu widzenia policjanta oraz różowowłosej dziennikarki. Dzięki temu odbiorca ma możliwość lepiej poznać te dwie przewodnie postacie, zrozumieć powody, dla których postępują one w taki, a nie inny sposób. Co jakiś czas pisarka decydowała się na uchylenie rąbka tajemnicy i zapoznawała czytelnika z wydarzeniami, które miały miejsce dwa lata temu. Ciekawość czytelnika była stopniowo rozbudzana przez pisarkę, dlatego aby poznać piekło przez jakie przeszedł Archie, jego destrukcyjny związek z psychopatką, należy zapoznać się tak na prawdę z całą książką. Pisarka na tyle sprawnie przeprowadziła akcję powieści, że czytelnik w gruncie rzeczy czyta dwie zgrane ze sobą historie, jednak cały magnetyzm tytułu tkwi właśnie w zarysowanej relacji między ofiarą a bezlitosnym katem.
"Zabiła go. Zamordowała mojego męża. [...] - spojrzała znacząco na Susan. - I wiem, kim stał się Archie po powrocie."*
Wykorzystany przez Chalsea Cain język jest lekki i prosty, a stopniowo rozkręcająca się akcja, urozmacona kolejnymi wątkami pobocznymi, zachęca czytelnika do kontynuowania lektury. W powieści każdy element: od kreacji postaci po zarysowanie świata przedstawionego idealnie ze sobą współgra, jest na tyle dopracowany, iż zapoznanie tej historii jest kwestią mile spędzonego czasu. Na największą uwagę zasługuje, jak łatwo się domyślić, osoba seryjnej morderczyni, która nie tylko fascynuje pozostałe postace, ale też czytelnika. Ma ona w sobie coś takiego, że mimo, iż jest czarnym charakterem, że odborca ma możliwość zapoznać się z jej metodą działania, to jednak nie ma względem niej negatywnych uczuć.

„Obłęd serca” to bardzo dobra powieść, która pochłonie czytelnika na kilka godzin. Umożliwia ona zapoznawanie się z historią w towarzystwie zrujnowanego psychicznie policjanta oraz dziennikarki, która skrywa własne demony przeszłości. Ich poczynania nie są tak łatwe do przewidzenia, jak mogłoby się wydawać, dlatego akcja powieści może kilkakrotnie zaskoczyć. Komu więc polecam powieść tej amerykańskiej pisarki? Przede wszystkim wszystkim fanom kryminałów z intrygującą kreacją psychopaty w tle.   
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 342
Data premiery: 20. 03. 2008r.
Ocena: 5/6
* 134str.

sobota, 25 października 2014

Pustynna Włócznia I i II, Peter V. Brett

Krasja jest krajem sławnym przede wszystkim ze względu na swoich walecznych mieszkańców, którzy jako jedyni mają odwagę stanąć do walki z demonami, pojawiającymi się o zachodzie słońca. Częścią bogatej kultury tego miejsca jest wiara w Everama, a zgodnie ze świętą księgą Kajiego, wybrany przez Najwyższego poprowadzi lud, jednocząc go z niewiernymi i zniszczy on raz na zawsze potwory, wyłaniające się z Otchłani. To właśnie w Krasji przyszedł na świat Jardir, niegdyś przyjaciel Arlena, wojownik, okrzyknięty przez lud Wybawicielem. Problem jest tylko jeden, w zielonych krainach podobnym tytułem został okrzyknięty Naznaczony, który wraz z przyjaciółmi, Leeshą i Rojerem, stara się przygotować mieszkańców nie tylko do walki z demonami, ale przede wszystkim z Krasjanami, którzy rozpoczęli już swój najazd. 

„Pustynna Włócznia” stanowi drugi tom serii o Malowanym Człowieku i podobnie jak pierwsza część został on podzielony, z niezrozumiałego, a zarazem łatwego do odgadnięcia powodu, na dwie księgi. Jest to dość komiczne, ponieważ historia zostaje nagle przerwana w połowie i czytelnik musi sięgnąć po drugi tom, aby poznać dalszy przebieg urwanego wątku. Obie książki są do prawda dość obszerne, jednak gdyby nie fakt, że miałam następną część pod ręką, byłabym naprawdę bardzo zirytowana. Dlatego też zarówno pierwsza, jak i następna księga „Pustynnej Włóczni” jest traktowana przeze mnie jako całość, która nie powinna być dzielona przez polskiego wydawcę.

Drugi tom cyklu demonicznego trzyma, ku mojej uciesze, poziom, chociaż różni się w kilku aspektach od „Malowanego człowieka”. Przez większą część lektury czytelnik zapoznaje się bowiem z historią Jardira, kulturą i obyczajami, panującymi w Krasji. Tym samym cofa się w historii i spogląda na pewne kwestie z przeciwnej strony. Ma to swoje plusy, ponieważ odbiorca lepiej poznaje postać jednej z głównych postaci i jest w stanie zrozumieć podjęte przez nią decyzje. Nie każdemu spodoba się jednak taki sposób prowadzenia akcji, a zwłaszcza tym, którzy byli ciekawi dalszych losów Arlena i Leeshy. Do tego drugiego grona zaliczałam się także i ja.

 Początkowo czułam się zawiedziona, ponieważ została opisana historia innego, jeszcze niezbyt lubianego przeze mnie bohatera, a „Malowany człowiek” skończył się w takim momencie, że jak najszybciej chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Wkrótce potem historia z Krasji porwała mnie, nawet mimo tego, że była spokojniejsza i nie działo się w niej tak wiele jak w Wyzwolonych Miastach czy Zakątku. Kiedy na powrót pojawiły się rozdziały związane z Arlenem, Leeshą i Rojerem książka rozkręciła się i... odbiorca był zmuszony sięgnąć po „Pustynną Włócznię II”.

W drugim tomie „Malowanego człowieka” pojawia się kilkanaście nowych postaci, ale to w drugiej księdze dzieje się najwięcej, a akcja jest szybsza i bardziej wcągająca. Dochodzi również nowy wątek, historia Renny, przyrzeczonej za młodu Arlenowi. Rozdziały poświęcone tej historii są rozbite, przez co robią odbiorcy niemałą ochotę i zmuszają go do kontynuowania lektury.

„Pustynna Włócznia” trzyma dobry poziom, pozwala spojrzeć trochę z innej perspektywy na przedstawione wydarzenia oraz poznać czynniki, przez które Krasjanie postępują tak, a nie inaczej. Do mankamentów powieści mogę zaliczyć nie zachowanie przez autora chronologii i w dalszym ciągu za bardzo nie wiem, czemu miało to tak naprawdę służyć. Mimo tego, polecam, a osoby, które nie miały okazji zapoznać się jeszcze z "Malowanym człowiekiem", zachęcam do rozpoczęcia tej niezwykłej przygody w świecie, gdzie po zachodzie słońca prym wiodą łaknące krwi demony.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 515 + 657

Data premiery: 2010r.
Ocena: 5/6 

wtorek, 21 października 2014

Wielki Marsz, Stephen King

Iść, ciągle iść... i nie jak w słowach piosenki „w stronę słońca”, ale prosto przed siebie, tak jak prowadzi droga. Bez względu na warunki pogodowe: w upalnym słońcu, deszczu czy gradzie – to jest ich zadanie, mają maszerować do utraty sił, dosłownie. Każdy z uczestników, który stanie, bądź będzie szedł z nieodpowiednią prędkością, musi liczyć się z otrzymaniem kulki w głowę. Stu zawodników i tylko jeden zwycięzca, a po bokach widzowie, napawający się widokiem wyczerpanych idących. Garraty jako jeden z uczestników Wielkiego Marszu wędruje dziesiątki i setki kilometrów przed siebie, będąc świadkiem wielu nieprzyjemnych scen. W tej dalekiej od wesołości scenerii nawiązuje przyjaźnie i coraz bardziej rozumie okrutną rzeczywistość, której stał się częścią. 


Wykorzystany przez Stephena Kinga język nie zachwyca, jest surowy i prosty, a wypowiedzi bohaterów opatrzone są sporą liczbą wulgaryzmów. Podobnie napisana przez niego historia nie robi wielkiego wrażenia, jednak „Wielki Marsz” ma w sobie to trudne do sprecyzowania „coś”, co zachęca czytelnika do czytania i przewracania kolejnych stron powieści. Być może zasługa leży w sprytnym dawkowaniu informacji? Odbiorca nie poznaje od razu wszystkich szczegółów związanych z organizowanym marszem albo też pobudek, dla których chłopcy postawili postawić na szali swoje życie. Niektóre kwestie wyjaśniają się dopiero pod koniec lektury, wprawiając czytelnika w zdumienie, a inne – w ogóle.

 Można więc powiedzieć, że odbiorca jedynie z czystej ciekawości może być popchnięty do dalszego zapoznawania się z losami uczestników Wielkiego Marszu. Każdy z nich jest bowiem inny, jedyny w swoim rodzaju, a jednak łączy ich jeden cel – wygrana. Stephen King nie przedstawił sylwetek wszystkich stu chłopaków, wybrał spomiędzy nich kilku istotniejszych, dlatego historia wydała się być bardziej rzeczywista, bo w końcu jest niemożliwością, aby Garraty wchodził w większe interakcje z taką liczbą osób. O śmierci każdego z uczestników zostajemy jednak poinformowani i momentami było to dla mnie kłopotliwe ze względu na problem z kojarzeniem przeze mnie imion wszystkich pojawiających się w lekturze postaci.
"Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia."*
 Czytelnik ma za sprawą powieści możliwość niejako uczestniczyć wraz z głównym bohaterem w tym wydarzeniu, a co za tym idzie: poznawać jego myśli, przysłuchiwać się rozmowom z pozostałymi i zaznajawać się z wykreowanym przez pisarza obrazem. W „Wielkim Marszu” zbyt wiele się tak naprawdę nie dzieje: chłopcy idą, rozmawiają, niektórzy z nich tracą siły, a potem też życie – i tak w kółko. Akcja jest jednostajna, autor nie śpieszył się z jej prowadzeniem, a to sprawia, że lektura „Wielkiego Marszu” jest zajęciem na dłuższy czas. Wydaje się, jakby było to celowym zamierzeniem pisarza, odbiorca wyraźniej odczuwał grozę i zmęczenie od tego dłużącego się marszu.


Wszyscy ci, którzy chociaż trochę znają twórczość Stephena Kinga wiedzą, że nie cacka się on ani z czytelnikiem, ani z wykreowanymi przez siebie postaciami. „Wielki Marsz” nie jest lekką lekturą ze względu na opisaną historię, bezuczuciowy sposób jej opowiedzenia oraz wszechobecny zapach potu, krwi i śmierci. Zmusza on również do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami i chociażby to sprawia, że jest pozycją większej uwagi.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 240
Data premiery: 1999r.
*str. 82

niedziela, 5 października 2014

Miasto 44, Marcin Mastalerz

W tym roku, a dokładniej 19 września, na ekranach kin pojawił się film w reżyserii Jana Komasa, o którym zaczęło być głośno na długo przed jego premierą. Mowa oczywiście o „Mieście 44”, który jako jeden z nielicznych polskich produkcji porusza tematykę powstańczą. Nie lada zaskoczeniem okazała się być dla mnie informacja odnośnie powieści, napisanej na podstawie scenariusza filmu. Pełna wątpliwości zabrałam się więc za lekturę „Miasta 44”, aby praktycznie od razu zostać przeniesionym do miejsca, gdzie strach i niepewność są nieodłączną częścią codzienności.

Przedstawiona historia opisuje losy młodych ludzi, a przede wszystkim Stefana, który przez realia wojny musiał przejąć obowiązki ojca i wcielić się w rolę głowy rodziny. Momentem zwrotnym w dosyć spokojnej egzystencji głównego bohatera staje się otrzymanie przez jego przyjaciółkę, Kamilę, zadania – przekazania otrzymanego pistoletu konspiracyjnej organizacji. Od tej chwili nic już nie będzie takie  samo. Stefan traci stałą pracę w fabryce, a tym samym cenne papiery, uniemożliwiające wysłanie go do robót za granicę, w zamian za to, zostaje stopniowo wdrażany w działalność podziemia, gdzie zaprzyjaźnia się z jego zaangażowanymi członkami. 

„Miasto 44” jest książką nietypową chociażby ze względu na jej wygląd zewnętrzny. Ma ona zupełnie inny format: twardą oprawę, wysokiej jakości kartki grubego papieru, a przede wszystkim – zdjęcia, dużo zdjęć, przedstawiających sceny z filmu. Publikacja napisana przez Marcina Mastalerza prezentuje się naprawdę okazale i wyjątkowo, a obecność ostatniego elementu pozwala odbiorcom, którzy nie widzieli filmu, dokładnie wyobrazić sobie poszczególne postacie oraz lepiej zapoznać się z realiami opisanego okresu.

Wykorzystany przez autora język jest prosty i lekki, dzięki czemu lektura powieści powinna być jedynie kwestią czasu. Niestety, tak nie było. Po przewróceniu ostatniej kartki zaczęłam się zastanawiać, czego zabrakło, gdzie został popełniony błąd i jedynym wiarygodnym wytłumaczeniem było właśnie pióro Marcina Mastalerza. Historia została napisana głównie z perspektywy Stefana, ale pojawiające się postacie przedstawicielek płci żeńskiej, Kamili i Alicji, też miały od czasu do czasu swój głos, będący najczęściej powtórzeniem sytuacji, widzianej oczami głównego bohatera. Było to dość... dziwne rozwiązanie, podobnie jak brak opisów dotyczących na przykład wyglądu innych bohaterów czy miejsc, w których rozgrywała się akcja.

Sprawiło to, że „Miasto 44” wydało mi się niekompletne, jakby niedopracowane, albo po prostu odfajkowane. Rozumiem, że jest to publikacja napisana na podstawie scenariusza filmu, a sama obecność zdjęć powinna załatwić sprawę wyobrażenia sobie postaci, jednak jest to w mojej opinii zwykłe pójście na łatwiznę, co w przypadku książki jest nie do pomyślenia. Osobiście nie miałam okazji oglądać filmu, a po lekturze „Miasta 44” czuję niedosyt, który zapewne nie rozwieje się po nadrobieniu zaległości kinowych. Pewne wątki nie zostały rozwinięte i z tego co się dowiedziałam, to autor nie dał się ponieść wyobraźni, nie dodał niczego od siebie.

Powieść pt. „Miasto 44” ma wiele mankamentów, jednak z każdym spojrzeniem na recenzowany przeze mnie egzemplarz, nie mogę powstrzymać się od podziwiania jego wysokiej jakości wydania, a tym samym nie jestem w stanie wystawić złej noty. Autor przeniósł mnie do okresu wojennego, przedstawił wydarzenia z punktu widzenia młodych cywilów, a przede wszystkim – zainteresował ich losami. „Miasto 44”  jest z pewnością pozycją wartą większej uwagi, ale nie jestem przekonana, czy odbiorcy kinowej wersji tytułu znajdą w niej coś nowego, prócz krótkiego dodatku w postaci ogólnych informacji o filmie.
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron:342
Data premiery: 01.09.2014r.
Ocena: 3,5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa PWN, za co serdecznie dziękuję!

niedziela, 14 września 2014

Angelfall, Susan Ee

Zagłada ludzkości w wyniku uderzenia asteroidy, ataku kosmitów? A może zwrócenie się maszyn przeciwko swym stwórcom? Nic z tych rzeczy. W wizji stworzonej przez Susan Ee za śmierć ludzi odpowiadają ci, którym powierzana była część modlitw, których zadaniem było chronić dzieci boże od złego. Uskrzydlone istoty pojawiły się na niebie i zaczęły siać śmierć i zniszczenie, zmuszając ocalałych do zapomnienia o wcześniejszym życiu. Prawo przestało istnieć, pieniądze straciły jakąkolwiek wartość, a niebezpieczne gangi zaczęły polować dla własnej uciechy na ocalałych pobratymców. Tak, witajcie w świecie, w którym spotkanie z aniołem może stać się waszą przepustką do śmierci. Od tej reguły wyjątkiem stała się jednak siedemnastoletnia Penryn, dla której jedyną szansą na uratowanie porwanej siostry jest połączenie sił ze śmiertelnym wrogiem – aniołem pozbawionym skrzydeł. 

Kiedy rozpoczynałam lekturę „Angelfall” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Podejrzewałam, że będzie to kolejny romans paranormalny, skierowany przede wszystkim dla nastolatek, z motywem postapokaliptycznym w tle. Właśnie z powodu obecności tego drugiego elementu sięgnęłam po tę powieść i przez całą lekturę nie miałam nawet czasu na odetchnięcie z ulgą. Twór Susan Ee wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony, zmuszając go do kontynuowania lektury i przyglądania się staraniom głównej postaci z bliska. Jest to nie tylko zasługą prostego i lekkiego języka, ale także ciekawej historii, połączonej z dobrą kreacją świata przedstawionego.

Wizja świata po ataku aniołów została na tyle wyraziście przedstawiona, że odbiorca bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie zniszczone budynki, leżące zwłoki i szczątki dobytku zmarłych ludzi. Kłopotu nie powinno mu także sprawić poczucie atmosfery strachu i niebezpieczeństwa. Za sprawą Penryn ma okazję zapoznać się ze stworzoną rzeczywistością, zobaczyć do czego są zdolni ludzie, aby przeżyć. Niewątpliwym, jeśli nie największym, plusem "Angelfall" jest postać głównej bohaterki, która tak różni się od większości wykreowanych za sprawą pióra osób. W przeciwieństwie do nich, ma charakterek, ikrę i duże pokłady odwagi, przez co nie da się jej nie lubić. Penryn nie jest bowiem bezbronną kobietą, z miejsca wzdychającą do przystojnego anioła - to też sprawia, że ta historia nie jest tak banalna, jak mogłaby się z początku wydawać.

W książce można wyróżnić kilka wartych większej uwagi postaci, które swoją nietypowością zwracają uwagę odbiorcy, jednak znajdziemy też sporo takich, którzy robią jedynie za tło historii. Pisarce udało się stworzyć coś innego, na tyle innowacyjnego, że przyciąga do siebie czytelnika na dłuższy czas. Zasługa leży przede wszystkim w nakreślonej przez nią wizji rzeczywistości, a kreacja aniołów, tak odbiegająca od dobrze znanego nam obrazu tych istot, dodaje lekturze tego czegoś. Skrzydlaci posłańcy nie emanują dobrem i miłością do ludzi, są bezlitośni, a ich wrodzona siła robi z nich przeciwników nie do pokonania. Mimo tego, część ocalonych stara się za wszelką cenę odzyskać to, co utracili. 

 Jak łatwo się domyślić, „Angelfall” nie jest lekturą wysokich lotów, oprócz sporej dozy rozrywki i mile spędzonego czasu, nie będzie w stanie zapewnić odbiorcy niczego więcej. Powieść napisana przez Susan Ee jest jednak jedną z najlepszych lekkich pozycji, jakie miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Zaliczyć ją można do gatunku fantastyki postapokaliptycznej, ale zawiera w sobie elementy thrilleru i subtelnego romansu paranormalnego, który jednak nie razi czytelnika. Ten tytuł nazywany jest także dystopią, ale jak dla mnie, nie zawiera w sobie bazowych elementów, które powinny o tym świadczyć. Czy więc polecam? Jak najbardziej. Na łamach jej stron znajdziecie wartką akcję, przemyślaną i dość nieprzewidywalną fabułę oraz interesujących bohaterów, a czas poświęcony na lekturze „Angelfall” z pewnością nie będzie nazwany straconym.
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 303
Data premiery: 18.04.2013r.
Ocena: 5/6

sobota, 13 września 2014

Medytacja, Stephanie Clement

Medytacja jest skuteczną techniką wyciszenia, pracy nad sobą i próbą doskonalenia skupiania uwagi. Jej dobroczynne właściwości są powszechnie znane, a do najczęściej wymienianych należą chociażby: obniżenie ciśnienia krwi, uspokojenie i próba złagodzenia odczuwanego stresu. Nic więc dziwnego, że w dzisiejszych czasach ten sposób relaksacji stał się tak popularny, a szeroka gama ofert z warsztatów i kursów stale się powiększa. Słowo pisane, mam tu przede wszystkim na myśli książki, oferuje nam możliwość praktykowania medytacji bez konieczności uiszczania opłaty za każdą sesję. Na rynku wydawniczym powstało już sporo tego typu publikacji, a jedną z nich jest właśnie poradnik z serii „dla początkujących” wydawnictwa Illuminatio pod tytułem „Medytacja”.

Autorka tego dzieła, Stephanie Clement, posiada spory zasób wiedzy na temat medytacji, przez co ta pozycja wydaje się być wiarygodnym źródłem wiedzy i posiada swój specyficzny, momentami dość naukowy, klimat. Jak dowiadujemy się z zakładki „O autorce”, posiada ona dyplom magistra psychologii humanistycznej, a także doktorat z psychologii transpersonalnej. Nie będę więc ukrywać, że z tego powodu, już na samym początku, miałam spore oczekiwania względem tego tytułu i do jego lektury podeszłam ze sporym zainteresowaniem i niekryjącym entuzjazmem. Zamiast jednak od razu przejść do sedna, a więc ćwiczeń i technik medytacyjnych, czytelnik musi przebrnąć przez teorię, urozmaiconą łatwymi, momentami wręcz banalnymi, zadaniami do wykonania.

Rozwodzenie się nad pojęciem medytacji, przytaczanie i wytykanie nietrafności definicji z różnych wydań słowników – oto co zamieściła autorka na pierwszych stronach poradnika, jakby starając się zrobić z niego publikację naukową. Na szczęście, z każdym kolejnym rozdziałem, a więc poruszanym zagadnieniem, ten żargon zaczął  zmniejszać swoje natężenie, stając się coraz bardziej przystępniejszy dla odbiorcy. Wpływ na to ma na pewno fakt, iż przedstawione treści zaczęły być ciekawsze i o wiele bardziej interesujące. Rozdział, zawierający konkretne instrukcje odnośnie praktykowania medytacji, został przyjęty przeze mnie ze sporą ulgą, po ponad pięćdziesięciu stronach lektury pojawiła się w końcu możliwość ćwiczeń praktycznych - próba całkowitego wyciszenia.

Poradnik pt. „Medytacja dla początkujących” zawiera w sobie całą esencję wiedzy na temat tej sztuki, a nawet jeszcze więcej. Na łamach stron odbiorca znajdzie podstawowe informacje, mające pomóc mu przygotować się do medytacji, a więc na przykład te, dotyczące kwestii ubioru czy wyboru najwygodniejszej pozycji. Przy tym ostatnim, publikacja została wzbogacona o proste rysunki, przedstawiające opisany sposób siadu od pozycji lotosu, po seiza czy pozycję birmańską. Okazały się one niezwykle pomocne i można je uznać za niewątpliwy plus tej pozycji, tak samo jak wyrozumiałość Stephanie Clement, która starała się zachęcić czytelnika do nieustawania w próbach i rozwijała wszelkie, mogące się pojawić w trakcie ćwiczeń, wątpliwości.

Stephanie Clement rozwinęła w swojej książce wiele kwestii związanych z tematem medytacji lub jedynie o niego zahaczających. Czytelnik zapozna się więc z przykładami korzyści, płynących z praktykowania medytacji na co dzień, co da mu dodatkową motywację. Opisała też rolę medytacji, jej różne rodzaje, połączenia techniki wyciszenia z jogą i wiele więcej. Obszerność i ogrom tych wszystkich informacji zawiera się na dwustu pięćdziesięciu stronach, z czego wiele z nich składa się na opisane ćwiczenia. Poradnik pt. „Medytacja dla początkujących” mogę więc polecić każdemu, kto chce zacząć swoją przygodę z medytacją lub poszerzyć swoją wiedzę na jej temat.  
Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 252
Data premiery: 08.01.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!

czwartek, 11 września 2014

Czy rzucono na ciebie klatwę?, Alexandra Chaudran

Kiedy los rzuca nam notorycznie kłody pod nogi i zdaje się, że nikt ani nic nam nie sprzyja, może najść nas wtedy myśl, że mamy pecha lub... zostaliśmy przeklęci. Środowisko, które nie ma kontaktu ze światem ezoterycznym, będzie zapewne sobie żartować z tej drugiej opcji i nie dowierzać. W końcu złe czarownice czy czarnoksiężnicy istnieją jedynie w bajkach, a gdy rzucają zły urok, mszczą się w ten sposób na pięknych księżniczkach i przystojnych młodzieńcach. Niestety, ale tak to nie działa. Sprawcą nieszczęść może być zupełnie niepozorna osoba, ale także i bezpośrednio poszkodowany, istnieje bowiem możliwość, że nieświadomie ściąga na siebie nieszczęście. Brzmi niewiarygodnie i przerażająco? Jeszcze jak, na szczęście do pomocy i zrozumienia tego zjawiska może przysłużyć się poradnik, którego tytuł zawiera w sobie pytanie „Czy rzucono na ciebie klątwę?”. 

Publikacja napisana przez Alexandrę Chaudran okazała się być swoistym kompendium wiedzy o urokach, ich rozpoznawaniu oraz zdejmowaniu. Już na początku lektury, ale także i w jej trakcie, autorka wspomina o innych możliwościach i powodach domniemanego pecha. Na stronach „Czy rzucono na ciebie klątwę?” znajdziemy więc wszelkie informacje pomocne przy stwierdzeniu, czy utrzymujące się niepowodzenie, aby na pewno jest skutkiem rzuconego uroku, czy na przykład rezultatem działania prawa przyciągania, a więc: negatywnych myśli i scenariuszy tworzonych przez umysł.

Jak wyjaśnia autorka, prawdziwe klątwy są niezwykle rzadkim zjawiskiem, chociaż w dalszym ciągu prawdopodobnym. W jednym z rozdziałów czytelnik ma okazję zapoznać się z innymi wyjaśnieniami doświadczania trudnych wydarzeń i chociaż my, ludzie, mamy skłonność do kojarzenia i szukania powiązań, pewnej analogii w spotykanym nas nieszczęściu, to nie zawsze jest ono równoznaczne z byciem przeklętym. Ale nie tylko o tym stara się nas przekonać Alexandra Chaudran; ma ona świadomość, iż taka sytuacja może mieć miejsce, w swojej publikacji zawarła na przykład informacje pomagające zweryfikować istnienie klątwy, możliwe sposoby jej zdjęcia czy uchronienia się przed złym urokiem w przyszłości.

W poradniku nie zabraknie także rozdziałów powiązanych lub jedynie zahaczających o ten temat. Na przykład tych, poświęconych medium czy wróżkom. Za sprawą zawartych w książce informacji na ich temat, odbiorca będzie w stanie skuteczniej rozpoznać oszusta, jedynie wyłudzającego od niego pieniądze. Lektura tej amerykańskiej pisarki obfituje w możliwe rytuały, modlitwy i medytacje, a krótkie rozwinięcie i przybliżenie tematu prawa przyciągania, oczyszczania aury czy innych bytów zwiększa wartość merytoryczną owego poradnika. Niewątpliwą zaletą tej pozycji jest to, że autorka nie napisała jej pod kątem konkretnej wiary, konkretnego wyznania, dlatego każdy znajdzie, zwłaszcza jeśli chodzi o modlitwy, coś dla siebie.

„Czy rzucono na ciebie klątwę?” to przystępnie napisany poradnik, w którym autorka użyła łatwego i prostego języka. Wdraża on czytelnika w lepsze zrozumienie kwestii klątw i uroków, dlatego w razie potrzeby, za jego sprawą, możliwe będzie udzielenie pomocy sobie lub osobom z bliskiego otoczenia. Na jego łamach znaleźć można wiele różnorodnych, choć powiązanych w pewien sposób, zagadnień, na przykład temat egzorcyzmów. Ja osobiście nie ryzykowałabym próby odprawienia tego typu oczyszczenia, preferowałabym zwrócenie się do osoby bardziej kompetentnej i doświadczonej, jednak nie zmienia to faktu, iż poradnik wydany przez wydawnictwo Illuminatio jest wiarygodnym źródłem informacji, a także pozycją godną większej uwagi.
Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 215
Data premiery: 21.01.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!

poniedziałek, 8 września 2014

Malowany człowiek II, Peter V. Brett

Dwa stykające się ze sobą światy, dnia - należący do ludzi - oraz nocy, zdominowany przez demony, wyłaniające się z Otchłani. Aby w końcu doświadczyć upragnionego spokoju, nie wystarczy malować kolejnych run ochronnych i skrywać się w domostwach, licząc na bezpiecznie spędzoną noc - trzeba opanować swój strach i stanąć do walki z wrogiem. Wszystko to po to, aby uchronić swych bliskich od okrutnej śmierci zadanej przez kły i pazury bestii. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ przez swą lekkomyślność ludzie z czasem zapomnieli o sztuce i metodach zabijania demonów, a jedynym miejscem, gdzie próbuje się teraz z nimi jakoś walczyć jest Krasja. To właśnie tam w pierwszej kolejności dociera Arlen, chcąc podzielić się z tym walecznym ludem odkrytym przez siebie artefaktem. Jego dobre chęci nie zostają jednak odpowiednio nagrodzone.

Życie Leeshy i Rojera też nie należy do najłatwiejszych. Dawni wrogowie jego byłego nauczyciela w końcu go dopadają i po raz kolejny traci on swoje oparcie, natomiast Leesha zostaje zmuszona wyruszyć w niebezpieczną podróż do dawnego miejsca zamieszkania. Przeznaczenie ma wobec tej trójki swój własny plan, dlatego losy zielarki i niedoszłego minstrela przeplatają się z postacią Naznaczonego, mężczyzny, który odrzucił nie tylko swoje imię, ale także człowieczeństwo. 

Pierwsza księga książki, napisanej przez Petera Brett’a, wypadła w moich oczach bardzo dobrze. Dawno nie byłam aż tak bardzo pochłonięta lekturą jakiegokolwiek tytułu, jednak przerywanie akcji w połowie i kontynuowanie jej jakby nigdy nic w drugiej części powieści? To jest już lekka przesada, zachodząca o bezczelność ze strony wydawcy. Fakt faktem, „Malowany człowiek II” różni się trochę od pierwszej księgi, ponieważ zarówno klimat książki, jak i główni bohaterowie ulegli bardzo wyraźnej przemianie. W żadnym wypadku nie powinien to być  jednak powód do osiągnięcia dodatkowego zysku. Czytelnik stopniowo wyczuwa różnicę, a postacie, które tak dobrze znał, zaczęły stawać się mu obce, jakby przeszły okres dojrzewania i zmieniły się w niektórych aspektach nie do poznania. Było to z jednej strony dość przerażające, ale z drugiej, intrygujące doświadczenie, zmuszające w ten sposób do dalszego śledzenia losów tej trójki.  

Druga księga „Malowanego człowieka” obfituje w opis walk i potyczek toczonych przez ludzi nie tylko z demonami, ale także i z innymi przedstawicielami własnego gatunku. Tym, między innymi, wyróżnia się „Malowany człowiek II” od pierwszej połowy książki, gdzie odbiorca miał okazję obserwować  losy dzieci. Sprawia to, iż druga część tego tytułu wydaje się mieć trochę inny charakter, mroczniejszy, ale także i dojrzalszy. Każde z tej trójki, Arlen, Leesha i Rojen, dorosło i uległo w pewien sposób przemianie. Wydarzenia z przeszłości pozostawiły bowiem na ich psychice bardziej lub mniej widoczny ślad, zmieniając nie tylko ich sposób myślenia, ale również i zachowania. Wraz z nimi czytelnik poznaje coraz lepiej wykreowany przez pisarza świat, podróżuje po jego dalekich zakątkach, zbiera informacje o kulturze Krasjan, a przede wszystkim, ma szansę przeżyć tę historii u boku wojownika, zielarki i ucznia minstrela.

Peter Brett zabrał czytelnika do zupełnie innego miejsca, gdzie strach towarzyszy ludziom o każdej porze dnia, a zwłaszcza w nocy. Wspomniana w pierwszej księdze Krasja zostaje tu początkowo wyróżniona i to na niej głównie skupił się autor. Odnosiłam jednak wrażenie, że przy jej kreacji inspirował się on przede wszystkim krajami arabskimi i tak też widziałam oczami wyobraźni odwiedzone przez Arlena miejsca. Podział na kasty, sposób traktowania innych obywateli – te wszystkie opisane elementy doskonale ze sobą współgrały i pozwalały czytelnikowi na dokładniejsze wyobrażenie i zrozumienie świata, w którym przyszło żyć przewodnim postaciom tej powieści.


„Malowany człowiek. Księga II” to wciągający i trzymający poziom twór, który pochłania czytelnika bez reszty. Pisarz jednak trochę zagalopował się w opisie akcji pod koniec lektury, zapominając o obecności jednego z bohaterów, co można uznać na mankament powieści. Mimo tego, a także tego bezsensownego podziału pierwszego tomu demonicznego cyklu, książka wypada naprawdę świetnie. Mało który miłośnik fantastyki się na niej zawiedzie. Polecam!
Wydawnictwo: Fabryka słów
Liczba stron: 316
Data premiery: 05.08.2011r.
Ocena: 5/6

środa, 3 września 2014

Ho’oponopono. Oczyszczająca modlitwa, Krystyna Kwiecinski

Szczęście – kto z nas do niego nie dąży? Staramy się zrobić wszystko, a nawet jeszcze więcej, aby poczuć je chociaż przez chwilę, dlatego wciąż szukamy sposobu, który nam to umożliwi. Jedną z metod jego osiągnięcia jest Ho’oponopono. Ta dziwnie brzmiąca, hawajska technika polega na przemienieniu negatywnej energii w pozytywną. Niby nic trudnego, w końcu w teorii brzmi to tak prosto, a jednak stosowanie jej w praktyce okazuje się być nielada wyzwaniem. Podstawą tej sztuki jest wybaczenie, otwarcie się na miłość, zmiana sposobu myślenia i swojej wibracji. Pomóc w tym może wizualizacja, a także oczyszczająca modlitwa, przynosząca nie tylko ukojenie, ale również nadzieję na lepsze jutro.  

„Ho’oponopono. Oczyszczająca modlitwa” to przyzwoicie wydany poradnik, na łamach którego czytelnik znajdzie informacje, nie tylko zaznajamiające go z tą tradycyjną metodą uzdrawiania duchowego, ale także z wiedzą dotyczącą mądrości wysp polinezyjskich – Huną. Nie będę ukrywać, iż w trakcie lektury tej pozycji, wielokrotnie na myśl przychodziło mi Prawo Przyciągania. Tak wiele elementów było podobnych, chociażby wibracje, siła myśli i energii wysyłanej do wszechświata. Pojawiła się jednak nowa informacja, dotycząca obciążeń karmicznych, będących powracającą energią z przeszłych wcieleń. Praktykowanie Ho’oponopono może jednak pomóc w ich neutralizacji, a co za tym idzie, w poprawie jakości życia.   

Poradnik napisany przez Krystynę Kwiecinski składa się z większych lub mniejszych objętościowo rozdziałów, a także ich podrozdziałów. Końcowe treści zawierają na przykład wykaz najpopularniejszych hawajskich zwrotów czy też dotyczą kwestii występowania negatywnych zjawisk na świecie. Jednak gdybym miała scharakteryzować kompozycję tego tytułu, to wyróżniłabym jego dwie części – teoretyczną oraz praktyczną, na łamach której czytelnik zapozna się z formami modlitw Ho’oponopono. Ich objaśnienie jest na tyle przejrzyste i dokładnie przedstawione, że każdy będzie w stanie wykonać krok po kroku zaprezentowany rytuał.

Użyty do napisania „Ho’oponopono. Oczyszczająca modlitwa” język jest lekki i prosty, z tego też względu przyswojenie sobie zaprezentowanych treści nie powinno sprawić większego problemu. Do  lektury poradnika zachęca przede wszystkim interesująca treść, poruszająca wszystkie te kwestie, które mogą nurtować potencjalnego czytelnika. Informacje dotyczące szczęścia, osiągnięcia harmonii, wybaczenia, czy po prostu oczyszczenia swojego życia, wzbogacają merytorycznie tę pozycję i zachęcają do samodzielnego praktykowania metody Ho’oponopono. Zawarte na początku informacje od autorki jeszcze bardziej mobilizują i nastrajają czytelnika, nabiera on bowiem przekonania, iż Krystyna Kwiecinski ma o tej hawajskiej technice oczyszczenia niemałe pojęcie.

„Ho’oponopono. Oczyszczająca modlitwa” to przyjemny w odbiorze poradnik, który przede wszystkim nakierowuje czytelnika na tę jaśniejszą stronę życia, zachęca do pozytywnego myślenia i oczyszczenia siebie ze złej energii. Na jego łamach nie zabraknie wzmianek o kwestiach związanych z zagadnieniem Prawa Przyciągania czy nawet planowania przedurodzeniowego, ale za sprawą zaznajomienia odbiorcy z hawajskimi mądrościami i modlitwami – oferuje coś nowego. Czy polecam? Tak. Jest to bez wątpienia pozycja warta uwagi, zwłaszcza dla zainteresowanych tematem samorozwoju.   

 Wydawnictwo: Illuminatio
Liczba stron: 196
Data premiery: 06.02.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Illuminatio, za co serdecznie dziękuję!

wtorek, 2 września 2014

Malowany człowiek I, Peter V. Brett

Witajcie w świecie, gdzie w ciągu dnia swe rządy pełnią ludzie, aby po zmroku skryć się za runicznymi barierami i ustąpić miejsca bezlitosnym demonom, łaknącym ich krwi. Życie każdego, mieszkańców pomniejszych osad, czy nawet Wolnych Miast, nie należy do najłatwiejszych, jest bowiem przepełnione lękiem przed nieustępliwymi potworami. Sen ludzi od dawien dawna nie był spokojny, nocą zamiast ciszy rozchodzi się ryk demonów, dźwięk stawiającym opór barierom albo płacz i krzyki przerażonych ludzi. Arlen nie zamierza się jednak poddać otaczającej go rzeczywistości, a przede wszystkim strachowi, który  odebrał mu  to, co było mu najdroższe. Leesha także nie ma zamiaru zmieniać swojego postanowienia, nie daje się ugiąć, mając przy swoim boku starą Zielarkę. Podobnie Rojer, który stracił wszystko, co mógł, ale mimo tego, znalazł w sobie siłę do walki z każdym kolejnym dniem. Tak wygląda rzeczywistość, świat podzielony na dwie, tak różne części – jasną i ciemną, gdzie śmierć jest najmniej przerażającą rzeczą, której można doświadczyć. 

Wykreowany przez Petera Brett’a świat okazał się być na tyle interesujący, a przede wszystkim tak niezwykle wyrazisty, że porwał mnie od pierwszej strony. Wszystko, zamieszczonego na kartach „Malowanego człowieka”, zdawało się być żywe, wręcz namacalne - zarówno opisane miejsca, każdy kamień, krzak, jak i każda pojawiająca się w powieści postać. Nic więc dziwnego, że lektura dzieła tego amerykańskiego pisarza wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Po raz pierwszy od bardzo dawna byłam na tyle pochłonięta czytaniem, tak podekscytowana prowadzoną akcją, że zdołałam zapomnieć o wszystkich problemach i smutkach, które odciągały mnie od zwyczajowych przyjemności.

 „Malowany człowiek” nie bez kozery został ogłoszony jedną z najlepszych książek z gatunku fantastyki. Ma w sobie wszystko to, co dobry twór powinien mieć – ciekawą konstrukcję świata przedstawionego, wartką akcję i zapadających w pamięć bohaterów, do których ciężko się nie przywiązać. Wykreowany świat mamy możliwość poznać za sprawą trzech bohaterów, znajdują się oni w różnych miejscach i trudnią się różnymi zajęciami. Początkowo byłam zirytowana, kiedy rozdziały dotyczące Arlena zastąpiły strony, opisujące historię Leesh i odwrotnie, ale ten niejako przeplatający się sposób prowadzenia akcji prawie od razu przestał mi przeszkadzać. Trochę inaczej się miała sprawa najmłodszego z naszej trójki postaci, Rojera, ponieważ jego perypetie nie były już tak ciekawa jak poprzednie. Na szczęście autor nie poświęcił uczniowi Minstrela zbyt dużo uwagi.

Peter V. Brett przelał na karty papieru ciekawą wizję świata, z którą czytelnik zapoznaje się z każdą kolejną przeczytaną stroną. Aby mógł on lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której przyszło żyć trójce głównych bohaterów, w licznych opisach czy wypowiedziach innych postaci nie zabraknie wzmianek o polityce, prawach, zajęciach i sposobie życia mieszkańców. Odbiorca jest bowiem w „Malowanym człowieku” obserwatorem, który ma okazję śledzić tę historię niejako zza pleców Arlena, Leeshy czy też Rojera. Z tego też powodu, czytelnik nierzadko dowiadywał się szczegółów, dotyczących funkcjonowania w przedstawionym świecie, na równi z przewodnimi postaciami. Wszystko to za sprawą starszych i bardziej obeznanych mieszkańców. Dlatego też przywiązanie się do tej trójki było jak najbardziej możliwe, nie byli oni obojętni dla odbiorcy, a wręcz przeciwnie - wzbudzali silne emocje.

„Malowany człowiek” okazał się być lekturą godną przeczytania. Dawno nie zostałam wręcz przyssana do stron żadnej czytanej przeze mnie ostatnio książki. Dodatkowym atutem tej powieści są niezwykłe rysunki, pozwalające odbiorcy wyobrazić sobie na przykład wygląd demona czy poszczególnej postaci - stanowią one ciekawą formę urozmaicenia lektury, uprzyjemnienia czytania. Z tego powodu, polecam ją wszystkim, a zwłaszcza miłośnikom dobrej fantastyki. Na tym dziele na pewno się nie zawiedziecie. 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 500
Data premiery: 29.11.2008r.

Ocena: 6/6

piątek, 29 sierpnia 2014

Życie to nie bajka, Joanne Greenberg

Czasem los bywa szczególnie okrutny względem wybranych przez niego osób. Nie każdy wytrzymuje taką presję i nierzadko ratunku szuka w różnego rodzaju używkach, aktywnościach albo też we własnej głowie. Tę ostatną opcję wybrała Deborah – młoda dziewczyna, która wykreowała sobie swój niepowtarzalny świat, z własnym jęzkiem, bóstwami czy zwyczajami, jednak jej twór z czasem zaczął wymykać się spod kontroli. Zrozpaczeni rodzice postanowili pozostawić ją w ośrodku psychiatrycznym, gdzie pod swoje skrzydła wzięła ją znana i powszechnie szanowana lekarka – doktor Fried.  W miejscu odgrodzonym od świata zewnętrznego kratami, gdzie krzyki, ataki szału, czy odbiegające od normy zachowania są na porządku dziennym, nasza bohaterka będzie musiała zdecydować, życie w którym świecie wybierze. 

Akcja powieści od pierwszej strony wydawała się być spokojna i taka też była przez resztę lektury. Czytelnik miał okazję poznawać historię choroby Deborah za sprawą przeplatających się fragmentów, dotyczących zarówno jej życia w szpitalu i kontaktów z pozostałymi pacjentkami zakładu, jak i z wizyt u doktor Fried, czy też wędrówek i rozmów z bóstwami Ur. Te ostatnie były, w mojej ocenie, najmniej interesujące. Owszem, kreacja innej rzeczywistości była ciekawa, jednak - jak na twór chorej psychicznie osoby przystało – zbyt niezrozumiała. Podobnie było w przypadku życia głównej bohaterki w szpitalu. Co prawda, dzięki tym opisom przybliżone zostało czytelnikowi to miejsce, rządzące w nim reguły i zasady oraz pozostali pacjenci, jednak te fragmenty nie dostarczały mi wystarczającej pożywki czytelniczej.

Lektura „Życie to nie bajka” była po prostu... w porządku. Wykorzystany przez pisarkę język był prosty, jednak sama powieść nie porwała mnie w żaden sposób, a autorce nie udało się sprawić, abym zdołała zżyć się z główną postacią. Z tego powodu, losy Deborah jakoś szczególnie mnie nie przejmowały. Z zaciekawieniem przewracałam kolejne kartki, zaznajamiałam się z następnymi rozdziałami, aczkolwiek robiłam to, bo po prostu chciałam zakończyć tę powieść. Powód był jeszcze jeden, mianowicie – fragmenty dotyczące spotkań naszej bohaterki z doktor Fried. Za ich sprawą, czytelnik wspólnie z Deborah cofał się w przeszłość i poznawał wydarzenia, które zapoczątkowały jej ucieczkę do Ur, a tym samym, chorobę psychiczną. Skłaniały one do refleksji i uzmysławiały, jak różnego rodzaju sytuacje z dzieciństwa, sposoby zachowań innych ludzi itd., mogą dotkliwie odbić się na psychice danej osobie.

"Choroba Deborah jest teraz rozpaczliwą walką o zdrowie."*

Tytuł dzieła Joanne Greenberg zawiera w sobie całą kwintesencję życia i właśnie dlatego po niego sięgnęłam. Życie nie jest bowiem bajką, dlatego płacz i rozpacz na nic się tu nie zdadzą. Los się nad nami nie zlituje, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej da nam w kość. To do nas należy wybór – czy ze spuszczoną głową, będziemy się na wszystko zgadzać, a może zbuntujemy się, zrobimy wszystkim na złość i będziemy walczyć o własne szczęście? Powieść tej amerykańskiej pisarki uzmysławia nam, że wszystko jest możliwe, nawet walka z chorobą, dlatego polecam ją wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy przestali dostrzegać, co jest naprawdę ważne. Mimo wszystko, polecam!
Wydawnictwo: Replika
Liczba stron: 319
Data premiery: 04.03.2014r.
Ocena: 4/6
*137str.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dawca, Lois Lowry

 Jonasz żyje w miejscu, gdzie nie istnieją podziały, rasizm, czy niesprawiedliwość, gdzie każdy żyje w takich samych warunkach jak reszta, a możliwość wyboru jest czymś nieprawdopodobnym. Życie każdego mieszkańca osiedla jest dokładnie zaplanowane, przejawem tego są chociażby coroczne ceremonie, w których udział biorą dzieci. Przełomową chwilą jest przede wszystkim uroczystość dwunastolatków, ponieważ właśnie wtedy dowiadują się oni, jakim torem przebiegać będzie ich dalsze życie w społeczności. Wszyscy zebrani dwunastolatkowie zostali przydzieleni do pełnienia poszczególnej funkcji na osiedlu i spośród nich wszystkich, to właśnie Jonasza obarczono niezwykle ciężkim brzemieniem odpowiedzialności odbiorcy pamięci. W trakcie swojego szkolenia zaczyna rozumieć coraz więcej, a co za tym idzie - dostrzegać wady pozornie idealnego systemu. 

 „Dawca” jest powieścią utopijną, subtelnie przeradzającą się w antyutopię, gdzie świat przedstawiony przypominał mi w kilku aspektach platońską wizję państwa. Mam tu na myśli chociażby fakt, iż każdy mieszkaniec miał pełnić daną funkcję za sprawą dokładnie określonych obowiązków, albo to, że osiedle gwarantowało wszystkim życie w poczuciu bezpieczeństwa, szczęścia i harmonii. Zasady i prawa, których przestrzegają mieszkańcy, panujący ład i porządek – właśnie z tym wszystkim stopniowo zapoznany zostaje czytelnik. Śledząc szkolenie Jonasza, wspólnie z nim poznaje wady systemu oraz szczegóły dotyczące składających się na niego elementów.

„Uzyskaliśmy kontrolę nad wieloma rzeczami. Ale niektóre musieliśmy utracić.”*

 Wykreowany przez autorkę świat wydawał się być mdły i nieciekawy, tak samo jak pojawiający się w „Dawcy” bohaterowie. Jak się z czasem okazało, nie był to efekt niezamierzony. Lois Lowry z premedytacją wprowadziła czytelnika do miejsca, gdzie w przeszłości postawiono na jednakowość, dlatego wszystko w nim wydawało się być tak samo mało interesujące. Starszyzna zrezygnowała z możliwości dokonywania wyborów, czy natykania się na trudności dnia codziennego - ludzkość wolała pójście na łatwiznę. Za sprawą szkolenia Jonasza, czytelnik ma możliwość zapoznania się z listą rzeczy, które zostały na zawsze usunięte z życia mieszkańców osiedla. Ich przedstawienie nie jest jednoznacznie potępione, ukazane zostały bowiem zarówno plusy, jak i minusy wprowadzonych zmian, dając odbiorcy z początku możliwość na samodzielne ich ocenienie.

 Akcja „Dawcy” była przez większą część lektury spokojna i mało zajmująca. Czytelnik miał okazję na dokładne zapoznanie się ze światem przedstawionym, rządzącymi prawami i sposobem funkcjonowania osiedla. Autorka nie skupiła się natomiast prawie w ogóle na zapoznaniu odbiorcy z bohaterami, dlatego wszystkie postacie wydawały się być jednym wielkim tłem. Owszem, na drodze Jonasza pojawiały się inne osoby, jednak nie pozostawały one w pamięci czytelnika na długo. Podobnie było w przypadku postaci nowego odborcy, wydaje się, że jego kreacja posłużyła pisarce jedynie do zapoznania nas z wykreowaną przez nią wizją i konsekwencjami dokonanych wyborów.

„- [...]Rzeczywiście, ludzi trzeba chronić przed niewłaściwymi wyborami.
-Tak jest bezpieczniej.
- Tak - zgodził się Jonasz. - Znacznie bezpieczniej."**

 „Dawca” jest z pewnością lekturą wartą polecenia, może nie tyle ze względu na jej techniczną stronę, to jest chociażby użyty język czy tempo akcji powieści, co z powodu niebanalnej wizji (nie)idealnego świata. Książka napisana przez Lois Lowry zmusza bowiem do refleksji. Życie składa się nie tylko z tych szczęśliwych momentów, w gruncie rzeczy, najczęściej wypełniają je trudności oraz problemy, mimo tego, czy bylibyśmy w stanie zrezygnować z indywidualności, możliwości wyboru, na rzecz z góry ułożonego i bezpiecznego życia? Jeśli chcielibyście chociaż przez chwilę znaleźć się w takim poukładanym miejscu, sięgnijcie po „Dawcę” i wraz z Jonaszem zwiedźcie wszystkie zakamarki osiedla. 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 206
Data premiery: 19.11.2003r.
Ocena: 4,5/6
*str. 113
**str.117

czwartek, 14 sierpnia 2014

CzaroMarownik 2015 już wkrótce!

Otrzymałam dziś informację od wydawnictwa Illuminatio, że już niedługo - we wrześniu - na rynku pojawi się genialny kalendarz na 2015 rok.
Ja osobiście uwielbiam kalendarze, nosić je w torebce czy trzymać na półce i uzupełniać pismem po dłuższej chwili zastanowienia.  Taką samą radość przynosi mi kupno kalendarza dla bliskich, a zwłaszcza dobieranie ich pod względem zainteresowań. Z tego względu CzaroMarownik jest na przykład idealnym prezentem dla mojej mamy. Ale już koniec gadania, pora przejść do konkretów.

 Niepowtarzalny i tajemniczy, w twardej oprawie z tasiemką, z kolorowym, starannie przygotowanym wnętrzem, przepełniony magicznymi rytuałami, nowinkami na temat ekotrendów i inspirującymi wskazówkami – doda magii każdej godzinie 2015 roku! W CzaroMarowniku znajdziesz wszystko to, czego nie mają tradycyjne kalendarze: szczegółowy horoskop na nadchodzący nowy rok, kalendarz księżycowy, informacje o świętach ezoterycznych, rytuały ochronne, magiczne i zdrowotne ciekawostki, proste przepisy na pyszne i pożywne posiłki na każdą porę roku, wskazówki na oczyszczenie organizmu i przestrzeni życiowej i wiele więcej. Ze stron tego niezwykłego kalendarza dowiesz się m.in.: jak oczyszczać czakry, które amulety są najskuteczniejsze, jak wpływa na ciebie dana faza Księżyca, jakie zioła warto mieć w domowej apteczce, jaka pora dnia jest najwłaściwsza na odprawianie rytuału.

CzaroMarownik 2015 to ponad 200 stron magii, porad, codziennych inspiracji i ciekawych artykułów podejmujących najbardziej aktualne ezoteryczne tematy. Dzięki niemu wkroczysz w 2015 rok, obwołany przez ONZ Międzynarodowym Rokiem Światła, bogatsza o wiedzę, która pomoże ci wykorzystać energię płynącą z Księżyca i natury, by wprowadzić pozytywne zmiany w każdą z dziedzin życia.

Inspirujący i jedyny w swoim rodzaju – Twój Magiczny Kalendarz!


Szczegóły techniczne:
Tytuł: CzaroMarownik 2015 – Twój Magiczny Kalendarz
Autor: praca zbiorowa
Premiera: II połowa września
Oprawa: twarda z tasiemką
Liczba stron: 208
Format: A5 (wymarzony do kobiecej torebki!)

ISBN: 978-83-64645-08-2

środa, 13 sierpnia 2014

Pierwsza kawa o poranku, Diego Galdino

Kawa, a właściwie zawarta w niej kofeina, uzależnia. Oprócz tego poprawia nastrój, dobrze smakuje, a przede wszystkim - dodaje energii na stoczenie kolejnych bitew z szykującym niespodzianki losem. Pić i delektować się jej smakiem to jedno, ale czytać i rozkoszować się nią za sprawą aromatycznego zapachu, wytworzonego za sprawą samych słów? To już zupełnie inna para kaloszy, a właśnie tego może doświadczyć każdy, kto sięgnie po dzieło włoskiego pisarza Diego Galdino pod tytułem „Pierwsza kawa o poranku”. Nieprawdopodobne? I to jeszcze jak...

 Massimo Tiberi jest doskonałym baristą, a zarazem właścicielem dobrze prosperującego baru w rzymskiej miejscowości Zatybrze. Najpopularniejszym  i najbardziej lubianym napojem jest w nim właśnie kawa. Samotny, choć otoczony przez stałych klientów i wiernych przyjaciół, doświadcza po raz pierwszy w życiu tak potężnej karuzeli uczuć oraz nagłych zmian nastroju. Wszystkiemu winna jest tajemnicza  Francuzka, którą najwidoczniej łączy coś ze zmarłą panią Marią – schorowaną staruszką z którą przyjaźnił się nasz bohater. Pierwsze spotkanie Massima i zielonookiej piękności nie należało do najprzyjemniejszych, dlatego właściciel baru robi teraz wszystko, aby przekonać do siebie kobietę, która wywarła na nim tak duże wrażenie. 

„Pierwsza kawa o poranku” okazała się być nietuzinkową lekturą ze względu na użyty przez autora język, w szczególności zaś, przez interesujące metafory i porównania. Wystąpił jednak problem  z wyważeniem przez Diego Galdiano proporcji, i najzwyczajniej w świecie, przesadził on z pewnymi zabiegami. Na przykład z informacjami na temat ulubionych kaw poszczególnych bohaterów, odwiedzających bar. Przy pierwszym nazwisku było to coś nowego, przy drugim  i trzecim neutralnego, ale z każdą kolejną osobą robiło się to coraz bardziej męczące i irytujące. Czytelnik zamiast zapoznawać się z opisaną historią, musiał przebrnąć przez mało znaczące informacje, bo kogo obchodzi, czy Lino pije kawę z żeń-szeniem, a Gino kawę al vetro z kroplą pianki mlecznej? Na dodatek sposób ich zapisu nie ułatwiał lektury – wszystko mieściło się bowiem w nawiasach, a przy kilku imionach oddzielonych przecinkiem, powstawała niewyraźna papka liter i znaków interpunkcyjnych.

 Kolejnym mankamentem, który można wytknąć pisarzowi, są bohaterowie, a zwłaszcza główna postać – Massima. Tak jak klimat obecny na łamach stron powieści jest wprost magiczny ze względu na swój niepowtarzalny rzymski urok, tak dwójka najważniejszych w tej historii osób niespecjalnie zachwyca czytelnika. Właściciel baru zachowuje się początkowo gorzej niż nastolatka (owszem - nie nastolatek, ale nastolatka). Tak jak fakt, że traci głowę i zakochuje się bez pamięci w nieznajomej piękności można jeszcze przetrawić, w końcu to książka o miłości, tak jego ciągłe zmiany nastroju, durne i dziecinne zachowania są po prostu nie na miejscu. Wprowadza to do tej historii pewną śmieszność, która ma poważny wpływ na chęć w dalsze zagłębianie się w lekturę.

 Pisarzowi udało się za sprawą słowa pisanego przenieść czytelnika do zupełnie innego miejsca. Pełnego turystów, wścibskich i hałaśliwych Włochów, którzy w wolnych chwilach, nie mając nic lepszego do roboty, obsiadują bar Massima i piją swoją ulubioną kawę. Wąskie uliczki, wspaniałe zabytki – w wykreowanym przez autora obrazie łatwo się zakochać, dlatego ta pozycja może i mogłaby urzec potencjalnego czytelnika, jednak obecna w niej infantylność i mało przekonujące rozwinięcie znajomości tej dwójki bohaterów na to nie pozwalają. Nawet pojawiający się a kartach powieści humor, ani wątek stopniowo poznawanej przez Massima tajemnicy nie są w stanie uratować tej pozycji. Autor miał ciekawy pomysł, jednak jedyne co mu wyszło, to zauroczenie czytelnika Włochami i rozbudzenie w nim pragnienia, aby ujrzeć ten kraj na własne oczy.

 Owa powieść może więc przypaść do gustu jedynie osobom, które nie mają niczego lepszego do czytania, a chcą się zrelaksować przy aromacie pysznej kawy, towarzyszącej im przez większość czasu. "Pierwsza kawa o poranku" nie jest też pozycją, która mogłaby spodobać się mężczyznom, jest zbyt naiwna i przesycona mało realistycznym obrazem miłości. Dużą zaletą "Pierwszej kawy o poranku" jest natomiast wątek tajemnicy, który przekonująco zachęca odbiorcę do dalszego zagłębiania się w lekturę. Odbiorca ma możliwość wspólnie z Massimem poznawać zawiłą historię z przeszłości za sprawą dziennika, pozostawionego mu przez Geneviève.
Ocena: 2,5/6
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 270
Data premiery: 02.07.2014r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziękuję!

piątek, 8 sierpnia 2014

Metoda dwupunktowa dla każdego, Mircea Ighisan George

 Ponoć Einstein stwierdził kiedyś, iż człowiek używa jedynie 10 procent potencjału swojego mózgu. Nasuwa się więc pytanie, co z pozostałą – aż dziewięć razy większą – częścią? Odpowiedzi na nie starali się udzielić naukowcy, najczęściej podważając tę teorię, jednak w przeciwieństwie do nich Mircea Ighisan George zgadza się z domniemanymi słowami sławnego fizyka. Co więcej, przekonuje, że człowiek sam kreuje rzeczywistość  jest w stanie na nią wpływać. W swojej książce pt. „Metoda dwupunktowa dla każdego” dzieli się z czytelnikiem receptą na formowanie, a przede wszystkim, uzdrawianie swojego życia, nie tylko przez myśli, ale także przez dotyk. 

 Na czym polega tytułowa metoda? Na dotknięciu dwóch, połączonych ze sobą, punktów na ciele. Aby tego dokonać, należy działać według kroków opisanych przez Mircea George, a wcześniej zapoznać się z podstawowymi prawami, kształtującymi rzeczywistość. Dlatego też książka pt. „Metoda dwupunktowa dla każdego” podzielona została na trzy części – typowo teoretyczną, praktyczną oraz uzupełniającą. Pierwsza okazała się być zaskakująco zajmującą lekturą, zapoznającą czytelnika z takimi istotnymi kwestiami jak: czysta energia - matrix, drganie i rezonans, intencja czy intuicja. Przy ich rozwinięciu, autorka skorzystała ze zjawisk i praw fizycznych, jednak zrobiła to w taki sposób (na przykład przy wykorzystaniu obrazków), że pozornie trudne kwestie, okazywały się nie być takie złe.

 Druga część książki zawiera w sobie wszystkie informacje, wiedzę, która potrzebna jest do korzystania z metody dwupunktowej. Aby ułatwić odbiorcy jej wykonanie, na stronach poradnika zamieściła kilka ćwiczeń pomagających doświadczyć i utrwalić poszczególne stany. Każde z nich zostało opatrzone opisem oraz klarowną instrukcją, pokazującą, jak krok po kroku je wykonać. Autorka nie zapomniała o istotnym elemencie, a mianowicie: określeniu i wyjaśnieniu celu tych ćwiczeń. Czytelnik tym samym nie będzie na ślepo ich wykonywać, nie wiedząc dokładnie co one mają na celu.

 Trzecia, a zarazem najkrótsza część, została nazwana przeze mnie uzupełniającą, ponieważ rozwija ona dokładniej poszczególne etapy zastosowania metody dwupunktowej. Za jej sprawą, odbiorca zapozna się na przykład z kwestią właściwego, najlepszego wyboru, ale także będzie mógł odbyć dodatkowy trening przygotowujący do użycia metody dwupunktowej. Te wszystkie części stanowią integralną i swoistą całość poradnika napisanego przez Mircea Ighisan George. Jeżeli chodzi o kwestię merytoryczną, to wypada on naprawdę dobrze, a przede wszystkim – wiarygodnie. Jak jednak wygląda kwestia jego wykonania?

 „Metoda dwupunktowa dla każdego” jest przejrzyście napisaną książką, na której stronach opisane zostały kwestie, nie należące do najłatwiejszych. Autorce udało się zrobić coś zadziwiającego – nudne i skomplikowane na pierwszy rzut oka zagadnienia przekazała czytelnikowi w taki sposób, że przestały być takie straszne. Dokonała tego za sprawą nadania książce odpowiedniej formy. Nie jest to bowiem typowy tekst popularnonaukowy, a raczej dialog dwóch postaci, których możemy poznać za sprawą krótkich komiksów, zamieszczonych przed każdą z części poradnika. Pozycja Mircea George jest więc rozmową Antona Tohm’a oraz Photoni’ego, który w łatwy i przystępny sposób wyjaśnia koledze różne zagadnienia. Do tego celu wykorzystuje motywy obecne w filmach, rysunki, a zwłaszcza przykłady z życia codziennego.


 Recenzowany przeze mnie poradnik okazał się być bardzo dobrą pozycją, przekazującą na ponad stu pięćdziesięciu stronach naprawdę sporą ilość wiedzy. Kwestia graficzna, a więc kolorowe obrazki, schematy i zamieszczone na fioletowym tle rady, uprzyjemniają lekturę „Metody dwupunktowej dla każdego”, a zamieszczone, na końcu każdego większego zagadnienia, podsumowanie, pomaga w usystematyzowaniu takiego ogromu nowych informacji. W przypadku takiego tytułu nie mogę zrobić więc niczego innego, jak tylko polecić go każdemu, kto chciałby poznać sposób na zmianę swojego nastawienia, życia. Polecam!
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 157
Data premiery: 30.04.2014r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

czwartek, 7 sierpnia 2014

Mistrz, Katarzyna Michalak

Powieści erotyczne niewątpliwie są wyjątkowym typem literatury, rozbudzającym nie tylko wyobraźnię, ale także i zmysły. Z ich lektury można czerpać niemałą przyjemność, czytelniczą przyjemność, jednak sięganie po pozycje tego rodzaju zawsze wiąże się z niepewnością oraz większymi niż zazwyczaj obawami - czy autorowi udało się podołać zadaniu? Czy udało mu się zbudować odpowiedni klimat i całą historię przedstawić w przekonujący, a przede wszystkim w pobudzający sposób? Nie ukrywam, że do lektury „Mistrza” podeszłam z pewnym dystansem, ponieważ jak do tej pory udało mi się trafić tylko na kilka naprawdę dobrych erotyków. Jak  więc było w tym przypadku?

 Sonia jest spokojną i nieśmiałą dziewczyną. Los jak do tej pory dał jej ostro popalić. Po śmierci rodziców straciła wszystko, dlatego sporo trudu i wysiłku kosztowało ją ułożenie sobie życia na nowo. Niestety, ten stan pozornej stabilizacji nie trwa długo. W drodze powrotnej nasza bohaterka zostaje wplątana w narkotykową aferę. Na jej oczach ginie człowiek, a ona sama zostaje porwana przez cypryjskich gangsterów. Za sprawą Raula de Luca udaje jej się ujść z życiem, jednak ceną jest pozostanie więźniem na Cyprze, w pięknym domu o nazwie VillaRosa. Stopniowo Sonia nie tylko przyzwyczaja się do nowej sytuacji, ale także zbliża się do domowników rezydencji i przeżywa tam swoją pierwszą wielką miłość.

 „Mistrz” może nie tyle wciąga czytelnika, co kusi go, zapewniając kilkugodzinną rozrywkę. Autorka powieści wprowadziła trochę zamieszania, zapoznając na początku odbiorcę z bohaterką drugoplanową. Ze względu na okoliczności jej poznania przez pierwsze rozdziały spodziewałam się trochę innej historii. Na szczęście, dość szybko wszystko się wyjaśniło, nie pozostawiając wątpliwości, co do prawdopodobnego rozwoju dalszej akcji. Katarzyna Michalak niezaprzeczalnie włożyła sporo wysiłku, aby możliwie jak najbardziej urozmaicić akcję, jednocześnie zachowując przy tym odpowiednie proporcje wszystkich elementów. Powstał tym samym twór, w którym ciężko jednoznacznie określić, czy poszczególny bohater jest dobrym, czy złym charakterem, a jeśli już ma należeć do tej drugiej grupy, to jest duże prawdopodobieństwo, iż odbiorca będzie go jednak darzyć sympatią.

 Język użyty przez autorkę do napisania tej powieści jest lekki, dlatego z łatwością przewraca się kolejne strony tego tytułu. Akcja jest przez większą część lektury spokojna, jednak nie na tyle, aby znużyć czytelnika. Wręcz przeciwnie, pisarka w umiejętny sposób budowała napięcie, zmuszając go do dalszego poznawania losów Sonii. Kilka razy napięcie między bohaterami było już tak wyczuwalne, że zaczynało to mieć swoje odzwierciedlenie w moim zachowaniu, mianowicie, skutkowało to szybszym czytaniem, a przede wszystkim pojawiającą się ekscytacją i niemożnością oderwania się od lektury.

 Nie wszystko jest jednak tak kolorowe, jak mogłoby się wydawać. Tak jak oddanie cypryjskiego klimatu nawet autorce wyszło, tak kreacja bohaterów pozostawia wiele do życzenia. Główna postać, Sonia, okazała się być pozornie zbyt idealna. Swoją przesadną niewinnością, niezdecydowaniem wzbudzała przede wszystkim irytację. Jej osobie brakowało tego czegoś – charakteru? osobowości? - które przemawiałyby za tą postacią. Pomimo tych znaczących wad, trudno mi było powstrzymać się od kibicowania jej. Wynika to  chyba z faktu, że pomiędzy stronami „Mistrza” można znaleźć o wiele bardziej denerwujących bohaterów i w porównaniu z nimi, Sonia nie wypada wcale tak źle.

 „Mistrz” okazał się być dobrą powieścią erotyczną, skierowaną przede wszystkim dla pań. Wątek porwania i przetrzymywania głównej bohaterki dodaje lekturze smaku, a magiczny klimat książki zachęca do kontynuowania lektury. Dzieło Katarzyny Michalak stanowi dobrą odskocznię od rzeczywistości, a za sprawą swoich pobudzających właściwości, zachęca do bliższego kontaktu z przedstawioną historią. „Mistrz” jest subtelnym erotykiem, którego zakończenie zaskoczy chyba każdego czytelnika. Pisarka na tyle sprawnie opanowała umiejętność władania piórem, że wszystko okazuje się być możliwe. Czy polecam? Jak najbardziej!
Ocena: 4,5/6
Liczba stron: 312
Data premiery: 23.01.2013r.
Wydawnictwo: Filia

piątek, 18 lipca 2014

Próby ognia, Dashner James

 Przeszli przez labirynt, stanęli oko w oko z bezlitosnymi maszynami, stworzonymi przez DRESZCZ i przeżyli – przynajmniej część z nich. Thomas wraz z resztą Strefowców miał nadzieję, że ten koszmar wreszcie się skończy i dany im będzie święty spokój, jednak nic bardziej mylnego. To, czego do tej pory doświadczyli, to nic w porównaniu z tym, co na nich czeka. Wystawieni są bowiem na nielada próbę – przed nimi długa przeprawa w palącym (dosłownie) słońcu przy nieprzewidywalnych zjawiskach atmosferycznych. Podróży nie ułatwiają im zarażeni na Pożogę ludzie, którzy popadają w coraz większy obłęd, tracąc przy tym ludzkie uczucia i sumienie. Jeszcze jakby tego było mało, kontakt z Teresą się urywa, a na jej miejscu pojawia się Aris, chłopak zesłany z innej grupy testowej. 

 Trochę ponad dwa lata minęły od momentu kiedy zapoznałam się z historią przedstawioną w „Więźniu labiryntu”, dlatego początkowa lektura drugiego tomu trylogii była dość problematyczna. Nie byłam w stanie sobie przypomneć, o czym była pierwsza część i jakie próby czekały na głównego bohatera, Thomasa, oraz jego przyjaciół. Jak się wkrótce okazało, znajomość poprzedniej książki nie była wymagana, aby orientować się w tej historii i nadążać za rozwojem akcji. Oczywiście co jakiś czas pojawiały się wzmianki odnośnie labiryntu i żyjących w nim istot, ale było ich na tyle mało, że przypomnienie sobie większej ilości informacji okazało się być dla mnie niemożliwe.

 Język wykorzystany przez autora jest prosty i łatwy w odbiorze, dlatego powieść czyta się stosunkowo łatwo. Kolejne trudności, na jakie natykają się bohaterowie, urozmaicają przedstawioną historię, jednak nie na tyle, aby całkowicie wciągnąć czytelnika pomiedzy wypełnione slowami strony. Co może być tego powodem? Wydaje mi się, że problem leży po stronie, występujących w „Próbach ognia”, postaci. Pisarz skupił się na osobie Thomasa, tym samym jedynie nakreślając postacie poboczne, bez których szkielet historii niechybnie by się rozpadł. Zapomniał jednak o niezwykle istotnym elemencie, w wielu przypadkach decydującym o sukcesie danego tytułu, a mianowicie – wyrazistej osobowości głównego bohatera.

  Thomas jest typowym przykładem wiecznego szczęściarza. Nie wyznacza się w gruncie rzeczy niczym wyjątkowym, został wraz z pozostałymi dziećmi wytypowany do wzięcia udziału w eksperymencie, więc niby jest taki jak wszyscy, ale nie do końca. Popełnia błędy, wszyscy wokół niego umierają, ale on nie - jemu dopisuje szczęście. Czysty przypadek sprawia, że ludzie mu zawierzają, słuchają go i starają pomagać. Nasz główny bohater jest jednak dość irytującą postacią, bo czy może być coś gorszego od zakochanego nastolatka, myślącego i ciągle nawołującego (mentalnie) swoją sympatię? Ano tak, na przykład dotknięci zarazą ludzie, lubujący się w wycinaniu innym nosów, czy innych części ciała. Autor nie powstrzymał się od pieczołowitego oddania sytuacji osób, dotkniętych Pożogą. I chociaż tego typu opisów nie jest dużo, to jednak są one na tyle wyraziście przedstawione, że wrażliwy czytelnik z pewnością nie zaliczy ich do swoich ulubionych, a przynajmniej do najprzyjemniejszych.

 „Próbom ognia” brakuje tego czegoś, iskry, która byłaby w stanie rozpalić ciekawość czytelnika, zachęcić go do kontynuowania lektury, a przede wszystkim swego rodzaju pomostu, łączącym odbiorcę z głównym bohaterem. Właśnie tego zabrakło mi w czasie lektury drugiego tomu serii  - możliwości wczucia się w Thomasa, kibicowania mu, przeżywania tragedii wraz z nim. James Dashner w wyrazisty i przekonujący sposób zabrał mnie w podróż po wyniszczonej Ziemii, zaznajomił z nękającą ludzi chorobą, jednak nie udało mu się sprawić, aby losy Thomasa i jego przyjaciół nie były mi obojętne. 
Wydawnictwo: Papierowy księżyc
Liczba stron: 414
Data premiery: 14.11.2012r.
Ocena: 3,5/6

piątek, 9 maja 2014

Lśniące dziewczyny, Lauren Beukes

 Harper nie powinien przeżyć, a przynajmniej nie powinien pozostawać na wolności. Jego gwałtowny temperament i brutalne usposobienie robią z niego bardzo niebezpiecznego człowieka, ale ponieważ los bywa łagodny dla ciemnych charakterów, udało mu się uniknąć kary. Znalazł Dom, którego nie dotyczą prawa czasu, który oprócz bezpiecznej przystani pełni jeszcze wiele innych funkcji, między innymi: wyznacza mu dziewczyny, Lśniące Dziewczyny, które muszą zostać pozbawone przez niego życia. Jedną z nich jest Kirby, której cudem udało się przeżyć po brutalnej napaści, jakiej doświadczyła z jego rąk. Kierowana przeczuciem stara się odnaleźć swojego oprawcę, który nie spocznie dopóki nie dokończy swego dzieła. Sprawa mogłaby się wydawać zupełnie normalna, gdyby nie fakt, że każda z jego ofiar straciła życie w różnych czasach, a on sam odwiedził je w ich młodości... 

 Powieść napisana przez Lauren Beukes wprowadza czytelnika stopniowo w przedstawioną historię. Wykorzystany przez autorkę język jest prosty, ale został on także dopasowany do poszczególnych czasów, które odbiorca ma możliwość odwiedzić w towarzystwie psychopatycznego mordercy, Harpera. To właśnie ten element wyróżnia „Lśniące dziewczyy” od pozostałych thrillerów – motyw podróży w czasie. Jego obecność może wzbudzić niepewność oraz ostrożność wśród potencjalnych czytelników, zwłaszcza, że rynek książek dla młodzieży czy też samej fantastyki obfituje w historie oparte na podobnym motywie. Pomysł Lauren Beukes okazał się jednak strzałem w dziesiątkę, ponieważ przy opisanych podróżach nie zachodzi żaden zgrzyt, który zmniejszałby napięcie budowane w trakcie lektury.

 Za sprawą „Lśniących dziewczyn” czytelnik ma możliwość śledzić sprawę, która na pierwszy rzut oka wydaje się być nierozwiązywalna, a brak nowych poszlak sprawia, że policja stoi w martwym punkcie. Chronologia nie została przez autorkę celowo zachowana, a odbiorca rozpoczyna przyglądanie się tej historii od poznania Kirby po nieudanej próbie jej zamordowania. Cała akcja poświęcona jest śledzeniu ruchów głównej bohaterki, która, podejmując staż w gazecie, stara się rozwiązać tę tajemniczą sprawę. Przerywnikami jej poczynań są rozdziały opisujące: przygotowania i same akty okrucieństwa, zadawane z rąk Harpera, ostatnie godziny życia jego ofiar, a także odczuca oraz postępowanie Dana – byłego reportera kryminalnego. To wszystko sprawia, że czytelnik jest zmuszony niejako skakać po treści, która co prawda sprowadza się do tego samego, łączącego ją motywu, jednak momentami ten zabieg okazywał się bardzo męczący. Dlaczego? Chociażby dlatego, że zdarzało się, iż wciągający czy intrygujący w danym rozdziale motyw ulegał nagle zakończeniu, wzbudzając tym samym moją irytację.

„Lśniące dziewczyny” posiadają bardzo miłą dla oka oprawę graficzną okładki. Kolejną zaletą tej pozycji jest prosty, a zarazem niesamowicie lekki język, ułatwający czytelnikowi lekturę. Natomiast ciekawa historia wzbogacona o fantastyczne motywy zachęca do jej kontynuowania ze względu chociażby na to, iż pomysł Lauren Beukes oferuje czytelnikowi coś innego, całkiem nieprzewidywalnego. Takie połączenie tych elementów tworzy twór, z którym warto się zaznajomić ze względu na przykład na to, iż jego zakończenie zmusza czytelnika do chwili zastanowienia, zebrania wszystkich poznanych wcześniej elementów i przeanalizowania od początku całej tej historii. Nie skłamię, jeśli powiem, iż w pierwszym odruchu po przewróceniu ostatniej strony, miałam ochotę na ponowne przeczytanie „Lśniących dziewczyn”. Wszystko po to, aby zrozumieć, która z postawionych przeze mnie hipotez będzie bardziej bliska prawdy.

 Czy polecam? Jak najbardziej! Powolna z początku akcja nie przeszkadza ze względu na ilość ciekawych poczynań bohaterów i sposób prowadzenia akcji, dlatego po „Lśniące dziewczyny” sięgnąc mogą nawet ci, którym długie budowanie napięcia nie do końca odpowiada. Wszystko w gruncie rzeczy przemawia za tą pozycją, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do bliższego zapoznania się z dziełem Lauren Beukes. W końcu nic tak nie odpręża jak dobry i nietuzinkowy thriller z małym (zupełnie nieszkodliwym) wątkiem miłosnym w tle. 
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 414
Data premiery: 19.03.2014r.
Ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Rebis, za co serdecznie dziekuję!

sobota, 29 marca 2014

Facet idealny, Matthew Hussey

Miłość jest znana z tego, że jest nieprzewidywalna, ponieważ lubi pojawiać się w najmniej spodziewanych momentach. Jest niezaprzeczalnie pięknym uczuciem, ale aż za często okazuje się być obrzydliwie okrutna i bezlitosna. Wprowadza do życia szczęście i radość, a w momencie, gdy odchodzi, pozostawia po sobie śmiercionośny dół rozpaczy, który potem tak trudno zasypać. Mimo tego próbujemy dalej, ryzykujemy, stawiając na szali nasze uczucia i serce - szukamy osoby, która okaże się być tą jedyną, właściwą, a przede wszystkim - nam pisaną. Różnice między płciami nie ułatwiają znalezienia odpowiedniego partnera czy też partnerki, dlatego nic w tym dziwnego, że poradniki poświęcone tematyce związków i spraw sercowych cieszą się tak dużą popularnością. 

Matthew Hussey jest popularnym i szanowanym ekspertem w temacie związków i relacji damsko-męskich. Początkowo  prowadził seminaria i kursy skierowane jedynie dla mężczyzn, jednak - pomimo obawy związanej ze zdradą swojej płci - postanowił pomóc także kobietom, odkrywając przed nimi męską psychikę. „Facet idealny. Jak znaleźć, zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę” jest książką składającą się z trzech części, które są związane z wyróżnionymi w podtytule zagadnieniami. Każde z nich zostało odpowiednio rozwinięte i przybliżone, jednak autor skupił się w swoim dziele przede wszystkim na kobiecie. Kluczem do sukcesu jest bowiem poznanie własnej wartości i polubienie samej siebie. Właściwie nie jest to nic nowego czy zaskakującego, ale wiele z nas zapomina o tych podstawach, zaniża swoje wymagania, daje szansę, licząc na nagłą poprawę swego partnera.

Życie nie jest bajką, a miłość i związki przedstawione w książkach czy filmach nie mają przełożenia w rzeczywistości. Znalezienie odpowiedniego partnera okazuje się być tak trudnym zadaniem głównie z powodu braku jakiejkolwiek aktywności i statycznego stylu życia, jaki prowadzimy. Autor nie pominął elementarnej wiedzy, która jest w stanie zapewnić odbiorczyni sukces. Napisany przez Hussey'a poradnik ma wysoką wartość merytoryczną, ponieważ wszystkie zawarte w nim porady i zalecenia są aktualne, a przede wszystkim faktyczne mogą okazać się pomocne. Kolejną i chyba największą zaletą  tej pozycji jest fakt, iż została ona napisana przez mężczyznę, a co za tym idzie – z jego punktu widzenia. Dzięki temu sposób myślenia facetów, ich psychika, staje się bardziej przejrzysta, a sposób postępowania łatwiejszy do przewidzenia.

Matthew Hussey poświęcił kilka rozdziałów na najczęściej zadawane przez kobiety pytania, w tym także to, będące najczęściej zmorą większości kobiet, a mianowicie: „Dlaczego on nie zadzwonił?”. Jest to chyba też jedno z najczęściej wpisywanych zapytań w wyszukiwarce Google, a na  kobiecych forach ciągle poruszany jest ten problem. Podobnie ma się kwestia w przypadku zagadnienia utknięcia w przyjacielskiej sferze, przepisie na wymarzoną randkę czy odpowiedzi na pytania: „Jak stać się jego wymarzoną kobietą?” albo „Czy to TEN Jedyny?”.

Jak widać „Facet idealny” porusza wszystkie najbardziej frapujące i problematyczne zagadnienia. Napisany jest z punktu widzenia mężczyzny, dlatego jest praktyczny oraz godny zaufania. Zamieszczone na łamach stron treści niby zawierają dobrze nam znane informacje, a jednak nie bez powodu tak często dajemy się ponieść uczuciu, zostawiając rozsądek daleko za sobą. Matthew Hussey nie zachęca odbiorcy do rozpoczęcia "gierki" w bycie na przykład zołzą, proponuje w zamian za to skupienie się na swoim wnętrzu, wyjściu do ludzi oraz wykorzystaniu zamieszczonych w poradniku rad.

Czy polecam? Jak najbardziej! „Facet idealny” pozwala spojrzeć na wiele kwestii pod zupełnie innym kątem, a przy tym został napisany prostym i przejrzystym językiem, który zachęca do kontynuowania lektury. Jedynym mankamentem jest dość częste reklamowanie się samego autora oraz podawanie hasła do jego filmików na stronie internetowej. Nie uznałabym tego za wadę, gdyby nie fakt, iż wpisanie kodu jest niemożliwe, ponieważ zainteresowana osoba zostaje przekierowana na jedną z dwóch stron, na których można zakupić napisaną przez niego książkę. Mimo tego, polecam – i to nie tylko singielkom, ale także kobietom będącym w związkach.
Wydawnictwo: Burda
Data premiry: 06.02.2014r.
Liczba stron: 279
Ocena: 5/6

czwartek, 13 marca 2014

Justyna Kowalczyk. Królowa śniegu, Bogdan Chruścicki

 Tegoroczne Igrzyska Olimpijskie wzbudziły wiele emocji, zwłaszcza w naszym kraju. W Soczi udało się nam zdobyć sześć medali: brązowy, srebrny i cztery złote - w tym dwa należące do Justyny Kowalczyk. Nic więc dziwnego, że nasza biegaczka narciarska w ekspresowym tempie doczekała pojawienia się na rynku wydawniczym swojej własnej biografii, napisanej przez dziennikarza Bogdana Chruścickiego.

 Język zastosowany przez Bogdana Chruścickiego jest prosty, dlatego lektura nie sprawia czytelnikowi większych problemów. Od jego pióra, formuowanych zdań, ze snutych historii i przemyśleń bije sympatia względem Justyny Kowalczyk, z którą dziennikarz się nie kryje. Jest jej fanem i tymi pozytywnymi odczuciami stara się zarazić odbiorcę, a przynajmniej zapoznać w jak najlepszy sposób z jej osobą. Napisana przez niego "Królowa śniegu" nie jest jednak typową biografią. Na łamach zapisanych stron znajduje się dużo informacji, pomagających wprowadzić czytelnika w świat sportu, a zwłaszcza w dyscyplinę biegactwa narciarskiego. Taki sposób manewrowania treścią jest niezwykle cenny, przede wszystkim dla zupełnych laików, do których i ja mogę się zaliczyć. Wytłumaczenie zasad, sposobu oceniania zawodników, punktów ‘FIS’ itd. pomaga zrozumieć otoczenie w którym nasza mistrzyni się obraca, a przede wszystkim zajęcie, którym się zajmuje.

 Bogdan Chruścicki nie zapomniał o przedstawieniu istotnych dla Justyny Kowalczyk osób, a zwłaszcza Aleksandra Wierietielnego – jej trenera, mającego niemały wpływ na osiągane przez nia sukcesy. Biografia jest napisana w formie relacji, dobrze się ją czyta, dlatego nie będę ukrywać, że kiedy autor poruszył kwestię miłości, rodzącej się na przykład pomiędzy zawodnikami, miałam nadzieję na opis jakiś romantycznych perypetii polskiej mistrzyni. Nic jednak z tego, Justyna Kowalczyk – o czym wspomniał sam dziennikarz – za bardzo ceni sobe prywatność.


 Tak jak wcześniej wspomniałam, w biografii Polki poruszonych zostało wiele kwestii, związanych przede wszystkim ze sportem, chociaż nie tylko. Bogdan Chruścicki przedstawił na jej łamach historię i skutki afery dopingowej, w którą wmieszana została nasza biegaczka. Opisując to, nie krył zbulwersowania, podobnie miała się rzecz przy opisie konfliktu w czasie igrzysk olimpijskich w Albertville, w czasie których doszło do konfliku między Justyną i norweską zawodniczką. 

 Z takimi oraz jeszcze innymi informacjami czytelnik może się zapoznać za sprawą biografii Justyny Kowalczyk, a sposób wydania tej pozycji tym bardzej działa na jej korzyść. Biografia wydana przez wydawnictwo Otwarte zachęca do sięgnięcia po nią, czy też nawet do zakupu, przede wszystkim za sprawą wysokiego poziomu jej wykonania. Twarda okładka, papier dobrej jakości oraz jej solidność sprawiają, że odbiorca mimowolnie zwraca na nią swoją uwagę. Ma ona jeszcze jedną dość istotną zaletę, a mianowicie: dodatki w postaci chociażby kolorowych zdjęć naszej mistrzyni czy tabel, przedstawiających różnego rodzaju dane i statystyki dotyczące na przykład zdobytych medali, wyników, zwycięzców itd. Czy polecam? Jak najbardziej! 
Ocena: 6/6
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 264
Data premiery:
Blogger Template by Clairvo