sobota, 31 grudnia 2011

Chichot losu, Hanka Lemańska [e-book]

Wydawnictwo: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Liczba stron: 193
Data premiery: 2.03.2011r.

 Joanna jest pracoholiczką - nie potrafi żyć bez pracy. Każdą wolną chwilę poświęca firmie i z tego powodu nie ma czasu na zawracanie sobie głowy założeniem rodziny, posiadaniem przyjaciół i innymi drobnostkami, bez których nie potrafi normalnie funkcjonować większość ludzi. W momencie, gdy w środku nocy odbiera telefon, nie wie, że jej życie stanie na głowie. Jej przyjaciółka, a właściwie koleżanka, dzwoni z prośbą o trzydniową opiekę nad swoją dwójką dzieci. Po głębszym zastanowieniu, główna bohaterka ulega Elżbiecie, jednak nie wie, że to ich ostatnia rozmowa, a kobieta nie pojawi się ustalonego dnia, aby przejąć opiekę nad swoimi dziećmi.

Czytaj dalej

18 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

czwartek, 29 grudnia 2011

Dzieci Cienie, Margaret Peterson Haddix

Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 391
Data premiery: 6.10.2011r.

Życie w ciągłym strachu i niepewności. Setki kłębiących się pytań, miliony obaw i świadomość narażania życia swoich najbliższych na ogromne niebezpieczeństwo. Czy można żyć, ukrywając się cały czas, nie opuszczając swojego pokoju i egzystując w taki sposób, jakby się w ogóle nie istniało? Książka Margaret Peterson Haddix pt. „Dzieci Cienie: Wśród ukrytych. Wśród oszustów” pokazuje nam, że stanie się Cieniem jest jak najbardziej możliwe i zapoznając się bliżej z tym tytułem mamy możliwość obserwować życie jednego z trzecich dzieci, skazanych na życie w ciągłym ukryciu.

 Cała historia ma miejsce w niedalekiej przyszłości, kilka lat po tym, jak nastał na świecie ogromny głód. Właśnie po tym wydarzeniu, został wybrany nowy Rząd, który spełnił swoją obietnicę – ludzie przestali głosować, jednak automatycznie ich prawa zostały zmniejszone do zera. Obywatele są całkowicie zależni od Rządu, bez jego zgody nie mogą wykonać żadnego kroku, nawet w kwestii rozmnażania; dopuszczalna liczba potomków, to dwa. Pilnowaniem porządku w tej kwestii zajmuje się specjalnie utworzona jednostka - Policja Populacyjna, której głównym zadaniem jest wyśledzenie i doprowadzenie pod Sąd wszystkich nielegalnie urodzonych dzieci. Bez żadnych praw, bez możliwości obrony zostają automatycznie skazane na śmierć, a to tylko dlatego, że ich rodzice złamali prawo – nie zaprzestali tworzyć nowego życia po urodzeniu drugiego dziecka.

  Luke jest trzecim dzieckiem, a więc nielegalnym istnieniem, które według Rządu zasługuje jedynie na unicestwienie. Przez lata wiódł w miarę normalne życie, ukrywając się przed obcymi, jednak w momencie, gdy niedaleko gospodarstwa rodziców wybudowane zostają budynki mieszkalne, zarówno jego rodzice jak on sam, musi zachować wielką ostrożność. Definitywnie nastał kres jego zabawom na dworze, jest zmuszony cały czas siedzieć w pokoju, zamknięty w domu niczym zwierzę. Pewnego dnia, los uśmiecha się do Luke'a. W domu sąsiadów zauważa dziecko, podobne do niego – nielegalne istnienie. Pod wpływem napływu odwagi wychodzi na powierzchnię i dociera do bogatego domu jednego z notabli, właśnie tam poznaje Jen – odważną i bardzo inteligentną dziewczynę, która stara się znaleźć sposób na zaakceptowanie praw trzecich dzieci i odzyskanie przez nich wolności. Jak potoczą się ich wspólne losy, czy wydarzenia, które wkrótce będą miały miejsce złamią go, a może wzmocnią?

 Cała historia została bardzo dobrze przemyślana. Każdy z bohaterów jest na tyle wyrazisty, że czytelnik bez problemu może obdarzyć ich sympatią lub nienawiścią. Tak też było w moim przypadku, chociaż najcieplej wspominam postać Jen. Nie wiem dlaczego, ale przypominała mi główną bohaterkę „Igrzysk Śmierci” – Katniss. Być może jej odwaga i za wszelka cenę bronienie własnych przekonań powodowały takie skojarzenia?  Jeżeli jednak chodzi o głównego bohatera, to w jakiś specjalny sposób nie udało mi się z nim związać. Obserwowałam jego poczynania i z czasem jego zachowanie oraz sposób myślenia mnie denerwował, chociaż współczułam mu, że przyszło jemu i wielu innym osobom żyć w takich warunkach.

 Stworzona przez Margaret Peterson Haddix powieść jest podzielona na dwie części „Wśród ukrytych” oraz „Wśród oszustów”. Niestety, ale żadna z nich nie posiada szybkiej akcji i tak naprawdę nic szczególnego się w nich nie dzieje, chociaż w drugiej części zaczyna pojawiać się „coś”, co nie pozwala czytelnikowi tak bardzo się nudzić. Muszę przyznać, że liczyłam na rewelacyjną pozycję, która wzbudzi we mnie wiele emocji, dzięki której będę mogła utożsamiać się z bohaterami, czuła ich strach i niepewność, jednak nic takiego się nie stało.

 Po przeczytaniu ostatniej strony poczułam wielki niedosyt. Z czystej ciekawości sięgnę po drugi tom, jednak z pewnością owej pozycji nie można nazwać wybitnym czy rewelacyjnym dziełem, ponieważ po zapoznaniu się z tym tytułem z łatwością można streścić całą akcję w trzech czy czterech zdaniach, dlatego wybór sięgnięcia po nią zostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy.



Moja ocena: 3-/6

23 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

środa, 28 grudnia 2011

Syrena, Tricia Rayburn

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 359
Data premiery: 5.05.2011r.

 Vanessa z pewnością nigdy nie zdoła usunąć z pamięci wydarzeń, które miały miejsce w tegoroczne wakacje. Kto bowiem zapomniałby o czasie, w którym stracił najważniejszą dla siebie osobę?

 Gdy siostra głównej bohaterki zeskakuje z klifu wprost w mroczne głębiny oceanu, Vanessa traci nie tylko najlepszą przyjaciółkę, ale również niezawodnego pomocnika, który nie raz ratował ją z opresji, pocieszał i zawsze służył pomocą. W momencie, gdy jej popularna i lubiana siostra odchodzi ze świata żywych, w miasteczku, w którym doszło do tego strasznego wydarzenia, masowo zaczynają ginąć mężczyźni. Po pewnym czasie ich zwłoki zostają wyławiane z wody, a na ich twarzach zawsze gości ten sam uśmiech. Z pewnością nie można nazwać tego przypadkiem, dlatego zdruzgotana dziewczyna za wszelką cenę stara się odkryć prawdę u boku swego przyjaciela. Jeszcze nie wie, że wynik przeprowadzonego śledztwa przewróci jej świat do góry nogami… 

 Główna bohaterka otrzymała dodatkowo od autorki zdolność słyszenia głosu swojej zmarłej siostry, dlatego już początkowa lektura wydawała się mi tajemnicza i fascynująca. Przyznam się, że zaczynając poznawać tę pozycję, z niecierpliwością wypatrywałam pochyłych liter, świadczących o obecności Justine. Nie było ich może zbyt wiele, ale jej wypowiedzi wzbudzały we mnie ciekawość i oczekiwanie. Szkoda, że od połowy książki Tricia Rayburn odsłania przed czytelnikiem prawie wszystkie karty i właśnie od tego momentu, zakończenie całej historii staje się przewidywalne i oczywiste. Mimo, że z każdym następnym rozdziałem, pojawiają się kolejne elementy układanki, dzięki którym wydarzenia, rozgrywające się w przeszłości stają się dla odbiorcy o wiele bardziej klarowne, to jednak wyjawienie zakończenia jest poważnym mankamentem, odpowiadającym za późniejszy odbiór lektury.

 „Syrena” jest powieścią, będącą w stanie zainteresować głównie fanów paranormali typu „Zmierzch”, gdzie wątek miłosny przeplata się z akcją. Napisany przez Tricie Rayburn thriller potrafi na długie godziny wciągnąć czytelnika, dlatego czasu poświęconego na poznawanie tej powieści z pewnością nie można nazwać czasem straconym. Największą zaletą „Syreny” jest właśnie wplecenie w subtelny sposób rodzącego się uczucia pomiędzy główną bohaterką a jej przyjacielem z dzieciństwa w całą historię oraz śledztwo, w którym również ma możliwość brać udział potencjalny czytelnik. Autorka doskonale wyważyła wszystkie elementy, dlatego przedstawiona miłość dwójki młodych nie męczy odbiorcę, który do ostatniej strony nie wie, jak dalej potoczą się ich losy.

 Akcji w owej powieści nie można zaliczyć do najszybszych, ponieważ dopiero na koniec nieznacznie przyśpiesza. Mimo braku szybkiego tempa, lektura „Syreny” była przyjemną odskocznią od rzeczywistości, jednak nic poza tym. Nie zdołała wzbudzić we mnie większych emocji, ot idealna książka na długie i nudne wieczory, w czasie których nie wiemy, co mamy ze sobą począć. Poprawnie wykreowani bohaterowie również nie zrobili na mnie większego wrażenia, ponieważ ich los był mi tak naprawdę obojętny. Nie udało mi się żadnej z postaci obdarzyć większym uczuciem, dlatego zastąpienie pamięci innym tytułem nie było trudne.

 „Syrena” jest przeciętnym thrillerem, który w żaden sposób nie mrozi krwi w żyłach i nie sprawia, że odbiorca nie może uwolnić się spod jego wpływu. Nie jest to idealne rozwiązanie dla wymagających czytelników, ponieważ po jej przeczytaniu poczują jedynie rozczarowanie. Z tego też powodu, polecić mogę ją jedynie osobom, które mają trochę wolnego czasu i chęci na rozwiązanie zagadki umierających mężczyzn i korzeni głównej bohaterki – Vanessy.
Moja ocena: 3/6

21 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

piątek, 23 grudnia 2011

Co Twoje oczy mówią o zdrowiu, dr. Jensen i dr. V.Bodeen

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 241
Data premiery: 18.11.2011r.


 Swego czasu, bezbolesna metoda analizowania tęczówki w celu ocenienia swego lub czyjegoś stanu zdrowia bardzo mnie interesowała. Przeszukiwałam Internet wzdłuż i wszerz, aby poznać jak najwięcej tajników irydologii. Koniec końców, moje oczarowanie minęło, gdy tylko zorientowałam się jak skomplikowana i trudna do przyswojenia jest owa dziedzina nauki. Jednak wiara we własne siły wzrosła, gdy w moje ręce wpadła książka napisana przez dr. Jensena i dr. V.Bodeen’a pt. „Co Twoje oczy mówią o zdrowiu. Irydologia w praktyce”. Nie ukrywam, że miałam ogromne oczekiwania wzgledem tej pozycji. Liczyłam na kompetentne źródło wiedzy, które zrobi ze mnie początkującego irydologa.

  „Co Twoje oczy mówią o zdrowiu. Irydologia w praktyce” jest zgrabnie wydanym przewodnikiem po tej jakże trudnej i skomplikowanej dziedzinie nauki. Składa się on z dwóch części: dotyczącej ogólnej wiedzy na temat irydologii oraz wykorzystaniu jej w praktyce. Oczywiście o wiele bardziej interesowała mnie druga część, ponieważ byłam pewna, że to dzięki niej byłabym w stanie analizować swój i innych stan zdrowia, jednak zgodnie z założeniami autorów zaczęłam od początku. Jak można było się spodziewać, początek nie zrobił na mnie większego wrażenia, a jedynie wzmocnił moją chęć dogłębnego poznania specjalnej metody analizy tęczówek, chociaż była to - o dziwo - lektura przyjemna, która nie zmęczyła mnie, zwykłego czytelnika, swoim czysto naukowym wywodem. 

 Jeżeli chodzi jednak o drugą część, to była ona dla mnie wielkim rozczarowaniem i - w moim odczuciu - najsłabszym elementem tej pozycji. Zamiast instrukcji i porad otrzymałam podrozdziały, które informują, co można, a czego nie można odczytać z tęczówki oraz co przedstawiają tajemnicze znaki tęczówkowe związane z poszczególnymi częściami ciała. Nie była to lektura porywająca, kilka razy wywołała we mnie znużenie i z tego powodu mogę stwierdzić, że lepiej wypadła pierwsza połowa książki, chociaż z początku myślałam, że będzie inaczej. 

 Ogromną zaletą pozycji pt. „Co Twoje oczy mówią o zdrowiu. Irydologia w praktyce” są znajdujące się co jakiś czas czarno-białe rysunki obrazujące to, co autorzy mieli na myśli oraz zamieszczone mapy irydologiczne, dzięki którym można analizować kondycję organizmu, zarówno u znajomych jak i u siebie. Jest to spore udogodnienie, ponieważ nie musimy przeszukiwać Internetu czy innych źródeł w celu ich znalezienia. Nie są one również łatwe do zapamiętania, dlatego warto tego typu pomoce mieć w zasięgu wzroku. 

  Powodem, dla którego owa pozycja nie przypadła mi w pełni do gustu jest prawdopodobnie to, że miałam względem niej zbyt wysokie wymagania. Spodziewałam się zupełnie innej książki, czegoś w roli poradnika, który w łatwy i przystępny sposób sprawi, że posiądę podstawową wiedzę na temat analizy twardówki, jednak „Co Twoje oczy mówią o zdrowiu. Irydologia w praktyce” jest jedynie przewodnikiem, który w przystępny sposób zapoznaje czytelnika z tą fascynującą dziedziną nauki. Jest to bowiem doskonały wstęp dla każdego, kto chce rozpocząć swoją przygodę z metodą analizy tęczówki i z tego powodu, mogę polecić ją jedynie osobom, które chcą zapoznać się z podstawowymi wiadomościami na temat irydologii.
 Moja ocena: 4/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

8 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

środa, 21 grudnia 2011

Pretty Little Liars. Doskonałe, Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 291
Data premiery: 6.10.2011r.

 „Doskonałe” jest trzecim tomem serii „Pretty Little Liars”, która zdobyła tysiące, jak nie miliony, fanów na całym świecie. W dalszym ciągu mamy okazję poznawać losy czterech byłych przyjaciółek - Arii, Spencer, Emily i Hanny, które pomimo śmierci Toby’ego, nadal otrzymują dziwne wiadomości, wyjawniające ich sekrety oraz instrukcje poleceń, jakie muszą wykonywać. Jednak tym razem, tajemnicza osoba, ukrywająca się pod pseudonimem „A.” spełnia swoje groźby, zamieniając życie dziewczyn w prawdziwe piekło. Czy byłe przyjaciółki odkryją kto i dlaczego utrudnia im życie, zanim którejś z nich stanie się krzywda? 

 Język zastosowany przez autorkę jest w dalszym ciągu lekki, napisany młodzieżowym językiem, dzięki czemu nikt nie powinien mieć większych problemów z jej zrozumieniem. Opisane sytuacje i problemy bohaterek mogą wydawać się dla starszych czytelników abstrakcyjne, jednak każdy kto pamięta swój okres dojrzewania, buntu zrozumie, że przedstawienie tego typu zdarzeń nie jest jedynie zasługą wyobraźni autorki, ale właśnie tak wygląda życie każdej nastolatki - jest skomplikowane i mało zrozumiałe, nawet dla niej samej.

 Muszę przyznać, że poznawanie dalszych losów tych czterech dziewczyn było dla mnie bardzo przyjemnym i ekscytującym zajęciem. Dzięki drugiemu tomowi zatytułowanemu „Bez skazy” polubiłam główne bohaterki, które z początku wydawały mi się pustymi i samolubnymi osobami. Można powiedzieć, że na swój sposób związałam się z każdą z nich. Oczywiście, osobowości jednych przypadły mi bardziej do gustu, aniżeli drugich, jednak pewne jest to, że zaczęłam przejmować się ich losem.

 Największą zaletą tej serii jest stworzona przez autorkę atmosfera tajemniczości. Czytelnik nie może w żaden sposób odgadnąć dalszego biegu wydarzeń. Razem z bohaterkami ma możliwość rozwiązania sprawy zaginięcia zmarłej Alison oraz odkrycia tożsamości tajemniczej/tajemniczego „A.”.  Jest to lektura do końca nieprzewidywalna, która wciąga od pierwszej strony. Może jest to zasługa pióra autorki, jednak z pewnością ma również na to wpływ opisywana historia, która swoją prostotą potrafi zauroczyć czytelnika.

 Ostatni rozdział wstrząsnął mną do głębi. Zszokował na tyle, że chwilę zajęło mi zanim doszłam do siebie. Z tego też powodu, nie mogę się doczekać, aż poznam dalsze losy bohaterek i kolejne niespodzianki, jakie może zaserwować czytelnikom Sara Shepard. „Pretty Little Liars” jest serią skierowaną głównie dla nastolatek i szczerze wątpię, czy tego typu seria może zainteresować przedstawicieli płci brzydkiej. Aczkolwiek polecam tę serię każdej osobie, która chciałaby mieć możliwość samodzielnie rozwiązywać liczne zagadki i od lektury nie wymaga niczego prócz mile spędzonego czasu.
Moja ocena: 4+/6

   
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte, za co serdecznie dziękuję!

13 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 17 grudnia 2011

Pretty Little Liars. Bez skazy, Sara Shepard

Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 314
Data premiery: 8.09.2011r.

 
 Ciało Alison zostało w końcu odnalezione. Po pogrzebie, dziewczyny postanowiły znów trzymać się razem, ponieważ tajemnicza osoba, przysyłająca im cały czas wiadomości dotyczące ich sekretów nie zaniechała swoich działań. Jednak zaufanie na nowo osobom, z którymi nie było się tak długo w kontakcie, nie będzie łatwym zadaniem. Strach Emily, Hanny, Arii i Spencer powiększa się, gdy do miasteczka powraca Toby - chłopak niesłusznie oskarżony o poparzenie oraz oślepienie swojej przyrodniej siostry Jenny.  Czy prawda z przeszłości wyjdzie na jaw i pogrąży bohaterki? 

 Pierwsza część serii w żaden sposób nie podbiła mojego serca, jednak tym razem nie miałam większych problemów ze wciągnięciem się w opisaną historię. Język autorki w dalszym ciągu jest lekki i łatwy w odbiorze, co skutkuje tym, że książkę dosłownie się pochłania. Kreacja bohaterów również należy do zalet pióra autorki. Są oni wyraziści, dzięki czemu z miejsca można zacząć darzyć ich sympatią lub wręcz przeciwnie - niechęcią lub odrazą. To od nas, czytelników, zależy, która z opisanych osób najbardziej przypadnie nam do gustu.  

 W poprzedniej części pt.„Kłamczuchy” najbardziej przeszkadzały mi główne postacie; ich charakter, osobowość, sposób bycia. Dziewczyny były przedstawione, jako typy osób, za którymi nie przepadam, a więc zadufane w sobie dziewczęta, myślące jedynie o ciuchach, facetach i kosmetykach, rozpieszczane przez rodziców egoistki, które nie liczą się z innymi ludźmi i oceniają innych na podstawie wyglądu. Nie wiem, co takiego się zmieniło tym razem, jednak w „Bez skazy” tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Przestałam zauważać ich wady, zamiast niechęci, zaczęłam darzyć niektóre dziewczyny współczuciem i litością. Bo co mogą za to, że zostały w taki a nie inny sposób wychowane? 

 Muszę przyznać, że „Bez skazy” wciągnęło mnie na cały dzień. Z przyjemnością obserwowałam poczynania dziewczyn, ich próby odgadnięcia, kim jest tajemnicza osoba, ukrywająca się pod nazwą „A.” oraz spełnianie jego/jej żądań, które czasami były okropne, jednak ich dręczenie sprawiało mi swego rodzaju satysfakcję. Za głupotę i patrzenie na innych z góry trzeba słono płacić, a dziewczyny właśnie zaczęły dostawać nauczkę za błędy z przeszłości.

 Seria „Pretty Little Liars” jest lekkim i niezobowiązującym rozwiązaniem dla każdej osoby bez względu na wiek czy płeć. Tajemniczość i niesamowita atmosfera są największymi zaletami tego tytułu, aczkolwiek powoli niewiedza na temat tajemniczego nadawcy zaczęła mnie denerwować. Z przejęciem przewracałam kolejne strony, mając nadzieję na poznanie tożsamości tajemniczego/tajemniczej „A.”, jednak nic z tego. Nawet podpowiedź autorki na ostatniej stronie nic nie dała, dlatego jestem zmuszona sięgnąć po kolejne części, aby dowiedzieć się, kto i dlaczego grozi dziewczynom.
Moja ocena: 3+/6
   
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte, za co serdecznie dziękuję!

15 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

piątek, 16 grudnia 2011

Dziecko niczyje, Michael Seed

Wydawnictwo: PROMIC
Liczba stron: 284
Data premiery: 22.10.2010r.

„Dziecko niczyje” jest prawdziwą historią ojca Michaela Seed’a, którego życie nie było usłane różami. Od wczesnych lat był bity przez ojca, poniżany, dręczony psychicznie, a nawet molestowany. Niestety nie mógł znaleźć oparcia w matce, również dręczonej przez pana domu, zmuszanej do uprawiania seksu i bitej do nieprzytomności, jednak ona wkrótce uciekła od domowej tyranii - popełniła samobójstwo, dając za wygraną i zostawiając swego syna na pastwę losu z alkoholikiem. Młody Michael doznawał krzywdy zarówno przez dorosłych, jak i przez dzieci, które nieraz zraniły go mocniej ostrymi słowami, przezwiskami, aniżeli kopniaki otrzymywane przez ojca.

 „Dziecko niczyje” z pewnością nie jest lekturą łatwą, głównie ze względu na poruszany temat. Opisany los małego dziecka szokuje i przeraża, wczepia się w pamięć i nie pozwala tak szybko wylecieć z głowy. Mimo tak ciężkiej tematyki, książkę dosłownie pochłonęłam, a wszystko jest zasługą języka autora, który wciąga od pierwszej strony. Przez całą lekturę miałam wrażenie, jakbym osobiście znała tego malca i przyglądała się jego życiu. Nie było to łatwe, byłam nieraz tak zszokowana i poruszona, że nie mogłam powstrzymać napływających łez. Najgorsza jest świadomość, że cała opisana historia zdarzyła się naprawdę i nikt nie zrobił niczego w tej sprawie…

 Wyznania Michaela wzbudziły we mnie wiele emocji. Nie było dla mnie ważne gdzie poznaję jego los, płakałam nad losem maltretowanego dziecka zarówno w szkole, na przystanku czy w domu. Z każdą kolejną stroną, moja nienawiść do ojca - sadysty wzrastała. Wkrótce podobnym, aczkolwiek lżejszym uczuciem zaczęłam darzyć matkę autora, która przez swoją słabość pozwoliła na to, aby jej dziecku działa się krzywda.

 Muszę powiedzieć, że jestem zdziwiona postawą ojca Michaela. Gdyby mnie spotkało coś podobnego z pewnością nie zwróciłabym się w stronę Stwórcy, bo gdzie on był, gdy krzywda działa się niewinnemu dziecku i innym ludziom? Dlaczego pozwolił, aby ktoś traktował drugiego człowieka gorzej niż zwierzę? Kolejną rzeczą, jaką zauważyłam, to stosunek franciszkanina do całej tej sprawy. Przez całą lekturę nie znalazłam ani jednego pytania, które zazwyczaj padają w tego typu pozycjach: „Dlaczego mnie to spotkało?”, „Czym zawiniłam/em?” itp. Zbiło mnie to nieco z pantałyku, chociaż jestem pełna podziwu dla osoby z tak smutną przeszłością, która wyrosła na ludzi i postanowiła szerzyć dobro.

 Po przeczytaniu tej pozycji cały czas rozmyślałam nad losem tego niewinnego chłopca i innych osób, które może właśnie w tym momencie przechodzą przez takie piekło jak ojciec Michael. „Dziecko niczyje” jest lekturą, która mimo wszystko dodaje otuchy i pozwala wierzyć w lepsze jutro.  Po tę pozycję powinny sięgnąć przede wszystkim osoby, które zaznały w życiu krzywdy i chciałyby znaleźć w sercu upragniony spokój, aczkolwiek uważam, że każdy, kto czuje się na tyle silny emocjonalnie, powinien zapoznać się z tą pozycją. Nie powinniśmy udawać, że wszystko jest w porządku widząc czyjąś krzywdę. Może gdyby sąsiedzi chłopca zadziałali, powiadomili odpowiednie ośrodki, dziecko nie byłoby przypalane i pite do nieprzytomności a matka nadal by żyła? 
Moja ocena: 5/6

17 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 11 grudnia 2011

Wilczy Amulet, S.A.Swann

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 381
Data premiery: 6.04.2011r.

 
 „Wilczy amulet” jest drugą powieścią S.A.Swann’a, opowiadającą o rycerzach zakonu krzyżackiego i wilkołakach, przedstawionych w inny niż do tej pory sposób. Co prawda powieść nie opowiada o losach bohaterów „Wilczego miotu”, ponieważ akcja rozgrywa się sto lat później, jednak działa to jedynie na korzyść książki. Zarówno oprawa graficzna, jak i wnętrze poprzedniej powieści wypadło stosunkowo słabo, jednak tym razem, poprawie uległa nie tylko graficzna część książki, ale również pióro autora.  

 Wilkołaki sprzeciwiły się swoim panom, wybrały wolność, dlatego utworzona została specjalna grupa łowców tzw. „wolfjergów”, których głównym zadaniem jest wytropienie i zabicie niebezpiecznych stworów. Wkrótce oddział zakonu krzyżackiego zostaje rozgromiony przez bestię o złotawym futrze, która pragnie zemsty za wybicie jej rodziny. Ledwo udaje im się ujść z życiem, dlatego nie mając wyjścia, proszą o pomoc Mazowszan. Kontakty z Polską są bardzo napięte, dlatego nie zostają przywitani z entuzjazmem, co mają okazję odczuć na każdym kroku. 

 Wśród rannych jest Josef, którym opiekuje się Maria - dziewczyna z nieprawego łoża, która dopiero co straciła ojca. Powoli zaczyna łączyć ich coś więcej, jednak młoda kobieta przy pomocy tajemniczego mężczyzny spotkanego w lesie, poznaje straszliwą prawdę o sobie i swoim dziedzictwie. Musi dokonać wyboru, jednak wkrótce ona, jej rodzina i Josef znajdą się w straszliwym niebezpieczeństwie. Czy uda jej się uratować tych, których kocha, a może narazi się na gniew Bestii? 

 „Wilczy amulet” wciąga od pierwszej strony, dlatego ciężko oderwać się spod jego wpływu. Język jest lekki i idealnie oddaje mroczną atmosferę czternastowiecznych ziem Mazowsza. Osoby, które zapoznały się z wcześniejszą pozycją od razu zauważą, że tym razem, autor miał dokładnie opracowany plan w czasie tworzenia tej powieści. Nie znajdziemy w niej chaosu, który był wszechobecny w „Wilczym miocie”, dlatego czytanie tej pozycji było dla mnie nie lada zaskoczeniem, a zarazem prawdziwą przyjemnością.

 Całą historię poznajemy z punktu widzenia głównej bohaterki Marii oraz Josefa i Bestii. Jest to na tyle komfortowe, że czytelnik ma możliwość spojrzeć na wydarzenia z różnych perspektyw i sam może ocenić ich postępowanie. Autor w żaden sposób nie narzuca odbiorcy interpretacji tego utworu, a nawet nie próbuje oceniać postępowania Polaków czy Niemców. Jest neutralny i nikogo nie idealizuje.

 Największą zaletą tego tytułu są świetnie wykreowane postacie, które są tak wyraziste i dopracowane, że przez całą lekturę czytelnik ma wrażenie, jakby znał je osobiście. Zarówno główna bohaterka, jak i pozostałe osoby, które odegrają ważną rolę w tej historii, nie miały łatwego życia. Ich życie wypełnione było bólem, który wpłynął na ich postępowanie. Nawet taka niebezpieczna Bestia, wzbudzała we mnie współczucie. Odbiorca ma okazję z każdą kolejną stroną poznać przeszłość bohaterów, dzięki czemu jest w stanie lepiej ich poznać, a nawet zrozumieć. Jedna postać przypadła mi szczególnie do gustu, wzruszyła mnie do głębi i zdobyła mój szacunek - była to postać Macochy, ale zrozumie to każdy, kto zdecyduje się na przeczytanie „Wilczego amuletu”.

 „Wilczy amulet” mogę z czystym sercem poradzić każdemu, kto lubi zaczytywać się w fantastyce, zwłaszcza, że w owej pozycji przeplata się ze sobą motyw miłości, przyjaźni, odwagi i poświęcenia. Dodam, że nie jest obowiązkowa znajomość poprzedniej pozycji, dlatego można odpuścić sobie poznawanie „Wilczego miotu”, który w porównaniu z tą pozycją, wypadł naprawdę słabo. Cieszę się, że autor był w stanie mnie zaskoczyć, a jego lektura wywołała we mnie takie emocje jak: smutek, podekscytowanie, a nawet strach.
Moja ocena: 5/6

18 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 3 grudnia 2011

Alicja, Jacek Piekara

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 368
Data premiery: 27.03.2010r.


 Aleks jest pisarzem posiadającym bardzo trudną sytuacją materialną. Napisana przez niego książka cały czas spotyka się z odmową ze strony wydawnictw. Życie miłosne też nie jest kolorowe, aczkolwiek to wszystko się zmienia, gdy przez drobny incydent poznaje czternastoletnią dziewczynę - Alicję. Jest to tajemnicza osóbka, która zaczyna ingerować w życie bohatera. Pomaga zdobyć mu kobietę jego marzeń, nagle ginie agresywny sąsiad, który często wchodził z nim w zatarg, a nasz pisarz-amator, w końcu otrzymuje propozycję współpracy.  

 Powieść składa się z dwóch części: „Alicji i Miasta Grzechu” oraz z „Alicji i Ciemnego Lasu”, która opowiada o dalszych losach Aleksa, wędrówce po Ciemnym Lesie, w którym żyją zadziwiające istoty. W czasie swej podróży, pozna wiele nowych osób, którym będzie zależało na jego klęsce, będzie musiał umiejętnie omijać pułapki i rozwiązywać zagadki, które mogą pomóc mu w spełnieniu swego zadania - uratowania Alicji.

 Język autora jest przystępny i lekki, dzięki czemu powieść czyta się szybko. Spora obecność wulgaryzmów w wypowiedziach poszczególnych postaci oraz ich zachowanie może w niektórych wzbudzać niesmak, jednak dzięki temu, opisana historia jest bardziej rzeczywista. Wulgaryzmy są w końcu częścią naszego języka. Jacek Piekara ukazuje czytelnikowi prawdziwy obraz polskiego społeczeństwa z uwzględnieniem tej jasnej, jak i ciemnej części. Właśnie to mnie najbardziej w książce urzekło, ponieważ lubię szczerych autorów, którzy nie próbują przedstawiać rzeczywistości w sposób wyidealizowany, niemal nieposiadający wad.    

 Każdy z bohaterów został bardzo dobrze wykreowany. Aleks jest przeciętnym mężczyzną, w życiu którego nie brakuje miejsca na bijatyki, seks, różnego rodzaju używki itp., jednak właśnie za tę prostotę, realność i szczerość, może wzbudzać uczucie sympatii, a nawet współczucie w czytelniku (jak to było w moim przypadku). Fenomenalną postacią jest natomiast tytułowa Alicja. Dziewczynka, która zachowuje się nad wyraz poważnie, przez co z początku wydawała mi się zbyt sztuczna. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że nie jest to zwykły bohater. Jej tajemnicza postać przez cały czas wzbudza w czytelniku ciekawość i dopiero z czasem, odbiorca ma okazję lepiej poznać ją i skrywane przez nią sekrety.

 W trakcie lektury najbardziej przeszkadzały mi wtrącenia bohatera, mówiące o tym, co wydarzy się w przyszłości. Wzbudzało to moją ciekawość oraz zniecierpliwienie, a nawet podejrzliwość. Przez całą lekturę starałam się odgadnąć, co może stać się później. Nie osiągnęłam jednak zamierzonego efektu, ponieważ Jacek Piekara cały czas zaskakiwał mnie nowymi zdarzeniami i postaciami, które utrudniały mi poznanie prawdy o Alicji i zakończeniu tej historii.

 „Alicja” jest idealnym rozwiązaniem dla osób, które mają ochotę przeczytać nieszablonową pozycję, która będzie w stanie ich zainteresować na długie godziny oraz pozytywnie zaskoczyć. Jeżeli miałabym być szczera, to „Alicja i Miasto Grzechu” nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak - niestety - krótsza część książki. Momentami stawała się nużąca, jednak to się całkowicie zmieniło, gdy bohater wylądował w Ciemnym Lesie - powieść stała się w tym momencie niesamowita, magiczna.
Moja ocena: 4+/6

26 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

środa, 30 listopada 2011

Gra o Ferrin, Katarzyna Michalak [e-book]

 
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 316
Data premiery: 7.05.2010r.
Motyw zakładu Boga z szatanem jest chyba znany każdemu m.in. z „Fausta”, „Przypowieści o Hiobie” itp., jednak nie spotkałam się jeszcze z pozycją, gdzie Zdrada grałaby ze Złem. W „Grze o Ferrin” jest to możliwe, ponieważ właśnie o tę tytułową krainę postanowiły zagrać te dwie istoty, wykorzystując w tym celu życie pewnej śmiertelniczki.

 Poznajcie Karolinę - lekarkę, wychowaną przez przyrodnią matkę. Jest nieszczęśliwa i zagubiona, a kolejna zawodowa porażka - śmierć młodej dziewczyny - pogłębia jeszcze bardziej ten stan. Tej samej nocy wykonuje rytuał i nieświadomie przenosi się do innego świata, gdzie toczy się bitwa o losy magicznej krainy, a elfy, smoki i inne typu magiczne istoty istnieją naprawdę. Główna bohaterka brana jest za Uzdrowicielkę, o której mówi Przepowiednia i z tego powodu zostaje wplątana w szereg zaskakujących wydarzeń.

 „Gra o Ferrin” zaczęła się interesująco, jednak już wkrótce za bardzo zaczęła mi przypominać „Opowieści z Narnii” i inne tego typu książki, gdzie główna postać zostaje wysłana do innego świata, w którym panuje wojna pomiędzy grupą dobrych i grupą złych istot. Jest to już tak znany motyw, że byłam przygotowana na kolejną kopię którejś z historii. Czekała mnie nie lada niespodzianka… Ponieważ mimo chęci autorki, chyba gorzej już wyjść nie mogło.

 Katarzyna Michalak tak bardzo starała się zadziwić czytelnika, nie powielać utartych już schematów, że w książce zagościł chaos. W trakcie lektury gubiłam się, miałam problem ze zorientowaniem się gdzie i z kim teraz jest bohaterka, co robi i dlaczego to robi. Przez większą część lektury odnosiłam wrażenie, że autorka specjalnie „skacze z kwiatka na kwiatek”, próbując zgubić czytelnika, aby ten nie mógł domyślić się co będzie dalej. Jeżeli taki był cel stworzenia tak chaotycznego opisu, to i to nie wyszło autorce. Mimo, że miałam problem w zorientowaniu się w lekturze, to rozgrywające się wydarzenia były przewidywalne i w żaden sposób nie zdołały mnie zaskoczyć.

 Czytanie mimo tego poważnego mankamentu idzie zadziwiająco sprawnie. Język jest prosty i lekki, dzięki czemu odbiorca nie ma żadnych problemów z wyobrażeniem sobie poszczególnych miejsc. Największą i chyba jedyną zaletą tej pozycji jest postać Karoliny. Wraz z podróżą do innego świata, zmienia się jej osobowość i chociaż czasem nie rozumiałam jej postępowania, to z pewnością mogę powiedzieć, że udało jej się zdobyć moją sympatię.

 „Gra o Ferrin” nie jest rewelacyjną pozycją i mimo, że z losami głównej bohaterki powiązany jest wątek miłosny, to nie był on w stanie uratować tego tytułu. Mam wrażenie, jakby książka nie została dokończona, a autorka pisała ją bez wcześniejszego przemyślenia. Z pewnością nie jest to dobrą opcja dla osób, które od literatury fantastycznej oczekują czegoś więcej niż tylko przewidywalnych zdarzeń i ogromnego chaosu, który potrafi zniszczyć radość z czytania u każdego czytelnika.
Moja ocena: 2+/6
E-book'a otrzymałam dzięki uprzejmości platformy woblink.com.

11 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

wtorek, 29 listopada 2011

Talia miłości, Emily Debberley

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Ilość kart: 52 + poradnik
Data premiery: 2011


 Uprawianie seksu ma wiele zalet: sprawia przyjemność, polepsza relacje między ludźmi itp., jednak z czasem w związku zaczyna pojawiać się monotonia i nuda. Kochanie się nie sprawia już tyle przyjemności, co kiedyś, czego najczęściej skutkiem są „skoki w bok”, a co za tym idzie, rozstania. Czy jest więc sposób, aby pokonać te uczucia? Oczywiście! I właśnie karty stworzone przez Emily Dubberley mogą w tym pomóc każdemu, kogo ten problem dotyczy.

 W pudełku znajdziemy talię 52 kart oraz poradnik, który zawiera w sobie podstawowe informacje oraz zamieszczone przez autorkę propozycje ich korzystania. Talia jest prosta; zachowana w czerwonej kolorystyce, pomagającej pobudzić wszystkie zmysły. Na każdej z kart znajduje się ilustracja zaproponowanej pozycji. Nie są to ambitne i piękne rysunki, a jedynie proste szkice, które ułatwiają właścicielowi wyobrażenie sobie danej propozycji. Z drugiej strony karty, zamieszczony jest jej opis, informacje dla użytkowników, a nawet stopień trudności, dzięki któremu zabawa może stać się przyjemnym wyzwaniem.

 Talia, jak wszystkie karty wydane przez wydawnictwo Astropsychologii jest porządnie wydana. Karty są dobrze sklejone, dzięki czemu trudniej jest je zniszczyć. Jednak nie jest to ich jedyna zaleta, pomijając kwestię estetyczną - dzięki swojemu kształtowi zmieszczą się praktycznie wszędzie, dzięki czemu z łatwością można je ukryć przed niepożądanym wzrokiem. Jest to w końcu intymna rzecz, o której ma prawo wiedzieć tylko nasz partner, na którym będziemy testować poszczególne pozycje.

 Wstyd, myśl o odrzuceniu czy zażenowanie są najgorszymi wrogami człowieka, dlatego za pomocą owych kart możemy przekazać, zasugerować naszemu wybrankowi / naszej wybrance, krótką, aczkolwiek konkretną informację na temat pozycji, jaką chcielibyśmy danego dnia wypróbować. Już samo podarowanie czy podrzucenie takiej kart jest sygnałem dla obdarowanego, na co obecnie ma się ochotę i czego się od niego oczekuje, aczkolwiek mina partnera, który znajduje ową kartę z pewnością jest bezcenna.

 „Talia miłości” jest więc idealnym rozwiązaniem dla każdej pary, która chce urozmaicić swoje życie seksualne, zabić monotonię i na nowo zacząć odczuwać przyjemność ze wspólnego seksu. Cena kart może niektórych odstraszać i zniechęcać do nabycia, jednak czy w momencie, gdy związek przechodzi kryzys, kwestia materialna jest aż tak ważna? Myślę, że nie. Zawsze warto ratować to, co jest dla nas ważne i daje nam przyjemność. 
Moja ocena: 6/6
Talię kart otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

10 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 27 listopada 2011

Karty "Potęga myśli", Louise L. Hay

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba kart: 64
Data premiery: 2011

 Louise L. Hay jest kobietą, która zmieniła życie swoje i innych ludzi nie do poznania. Sprawiła, że stali się szczęśliwsi, silniejsi i pewniejsi siebie. W lipcu miałam okazję przeczytać i zrecenzować jedną z jej książek pt. „Pokochaj swoje życie”, która wywarła na mnie spore wrażenie, i właśnie dzisiaj chciałabym zapoznać Was z kartami autorstwa tej samej osoby, a więc ze światowym autorytetem z zakresu afirmacji.

  Po otwarciu pudełka talii przez chwilę nie mogłam wykrztusić słowa. Patrzyłam jak oczarowana na piękne ilustracje zdobiące każdą z 64 kart. Mój zachwyt powiększył się, gdy ujrzałam pozłacane brzegi, dodające kartom niesamowitego uroku. Można pomyśleć, że co to takiego, że oprawa graficzna i estetyczna nie jest ważna, jednak nic bardziej mylnego! Kto z nas chciałby korzystać z czegoś, co swoją przeciętną postacią nie wzbudza żadnych emocji? Większość osób jest wzrokowcami, dlatego wygląd zewnętrzny danego produktu odgrywa dużą rolę w naszym życiu i w podejmowanych przez nas wyborach, co automatycznie wiąże się ze wzrostem cenowym danego produktu. 

 Jak wspominałam, każda z kart jest ozdobiona uroczą ilustracją oraz zdaniem, które ma pomóc nam w pokochaniu swojej osoby, zmienieniu swojego nastawienia i uwierzeniu w nadejście lepszego jutra. Natomiast z drugiej strony wszystkich kart, naszym oczom ukazują się zdania poświęcone wcześniejszej afirmacji. Dzięki temu, dobitniej możemy przyswoić tę myśl, uwierzyć w nią, a tym samym - powoli urzeczywistnić ją i zaobserwować zmiany pojawiające się w naszym życiu. 

 Talia kart „Potęga myśli” jest sympatycznym, łatwym w użyciu i bardzo pozytywnym produktem, który dzięki przepięknej oprawie graficznej oraz afirmacjom znajdującym się na każdej z kart, potrafi w użytkownikach wskrzesić siłę i chęć do zmiany czegoś w swoim życiu, jednak prócz tego ma jeszcze jedną pozytywną cechę - potrafi poprawić humor i wzbudzić uśmiech na twarzy ich właściciela.

 Użycie tali nie jest skomplikowane, jednak każdemu może odpowiadać inny sposób korzystania z nich, dlatego użytkownik ma wolną rękę w tej kwestii. Osobiście preferuję wcześniejsze potasowanie ich - co prawda utrudnia to kwadratowy kształt kart - i nie patrząc na leżące przede mną afirmacje, wybieram jedną z nich. Może wydawać się to nieprawdopodobne, aczkolwiek każda z wybranych przeze mnie kart pasuje idealnie do stanu, w jakim obecnie się znajduję wyjmując je z pudełka.

  Karty wydane przez wydawnictwo Studio Astropsychologii jak zwykle cieszą oko, jednak ich największą wadą jest mało komfortowy kształt, który utrudnia operowanie nimi oraz cena, która może zniechęcać potencjalnego klienta, jednak jest to związane z jakością ich wykonania; użytkownik ma pewność, że przy rozsądnym korzystaniu z nich nie rozkleją się i wydane pieniądze nie wylądują w koszu. W takim wypadku nie mogę zrobić nic innego, jak polecić je wszystkim bez wyjątku. Myślę, że będą w stanie zadowolić i uszczęśliwić każdego, zwłaszcza, że powoli zbliżają się święta, a kto z nas pogardziłby takim prezentem?
Moja ocena: 5/6 
Talię kart otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

15 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

czwartek, 24 listopada 2011

Łowca Czarownic, William Hussey

Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 366
Data premiery: 8.09.2011r.
 
 Szata graficzna „Łowcy Czarownic” może niektórych odstraszać, jednak we mnie nie zdołała wywołać żadnych emocji. Ot, przeciętna okładka z brzydkim typkiem umieszczonym na środku. Natomiast pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był napis na dolnej części okładki mówiący: „Brytyjska odpowiedź na Stephena Kinga”, nie ukrywam, że zabrzmiało to bardzo obiecująco… i szkoda, że na tym tylko pozostało.

 Piętnastoletni Jake Harker jest brany przez rówieśników za dziwaka i wariata od horrorów. W momencie, gdy wracając z matką do domu zostaje napadnięty, zdaje sobie sprawę, że świat jest pełen potworów rodem z komiksów, które z takim zapałem czyta. Cudem udaje mu się ujść z życiem, jednak jego rodzicielka nie ma tyle szczęścia. Zostaje brutalnie zamordowana, zachowując milczenie na temat tajemniczej maszyny, do której budowania się zobowiązała. Owe urządzenie miało uchronić świat przed Świtem Demonów – czasem, gdy przez wrota piekieł mogą przejść przerażające stwory, wprowadzające do naszego świata jedynie chaos. Jedyną rzeczą, która mogła do tej pory powstrzymać otwarcie przejścia było zabicie niewinnego dziecka, a tym razem wybór padł na głównego bohatera, który jednak nie ma zamiaru tak bardzo się poświęcić. Robi więc wszystko aby powstrzymać nadejście chaosu, a tym samym - uratować własną skórę.

 Akcji z pewnością nie można zaliczyć do najszybszych, trochę trwało zanim zaczęło się w niej dziać coś wartego większej uwagi, chociaż oczywiście cała historia kręciła się wokół tajemnicy dotyczącej sekretnej broni, wywracającej życie głównego bohatera do góry nogami. Jeżeli chodzi zaś o język autora, to nie mogę mu niczego zarzucić. Jest on prosty, a tym samych lekki, dzięki czemu powieść czyta się szybko, chociaż przeszkadzać mogą spore ilości zbędnych opisów, przez które zamiast fascynacji odczuwać można jedynie znużenie.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       
 Wybierając tę pozycję miałam nadzieję na wciągającą lekturę, jednak zamiast tego otrzymałam przeciętną powieść, udającą książkę gatunku grozy i horroru. Powracając myślami do lektury, nie mogę przypomnieć sobie żadnego momentu, w którym odczuwałabym strach, fascynację czy zżerającą mnie ciekawość. Było mi obojętne co się wydarzy dalej, ponieważ domyślałam się jak zakończy się ta historia i nie zdziwiłam się, gdy stało się tak, jak podejrzewałam od samego początku. Postać Jake jest doskonałym przykładem motywu "od zera do bohatera", który dodatkowo momentami irytuje odbiorcę swoim zachowaniem. Razem z nim, mamy możliwość poznania nowych postaci, które z łatwością można przypisać do grupy dobrych lub złych charakterów, których w książce nie brakuje.

 W „Łowcy Czarownic” prócz walki ze złem możemy obserwować pojawiające się powoli uczucie pomiędzy dwójką bohaterów, jednak nie zostało ono przedstawione w interesujący sposób, tym samym - nie wiem komu mogłabym polecić tę pozycję. Chyba osobie, która lubi przeciętne powieści, jednak czy chcecie tracić na nie swój czas?  
 Moja ocena: 2+/6

16 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jutro 4. Przyjaciele mroku, John Marsden

  Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 267
Data premiery: 18.11.2011r.

„Jutro” jest niesamowitą serią, która zyskała już miliony fanów na całym świecie i mimo, że została napisana kilkanaście lat temu, czytelnik w żaden sposób tego nie odczuwa. Jednak czy kolejna, czwarta już część opowiadająca o grupie młodych dzielnych, okaże się tak dobrą pozycją jak poprzednie tomy?

 Ellie jest przerażona myślą o powrocie do niebezpiecznego Wirrawee - miejsca jej urodzenia, terenu, który uważała za swój dom do momentu, gdy obce państwo siłą go zagarnęło i zastąpiło mieszkańców swoimi ludźmi. Po powrocie w rodzinne strony Ellie i czwórka jej przyjaciół od razu przyzwyczaja się do niebezpieczeństw, na które są znów narażeni. Przy pomocy zawodowych żołnierzy mają pozbyć się ważnego dla wrogów miejsca - lotniska, jednak w momencie, gdy Lee oraz wyszkolona grupa wyrusza do miasta, kontakt z nimi się urywa i mimo umowy, nie powracają do bazy - Piekła. Grupa przyjaciół wyrusza do miasta, aby odnaleźć zaginionych, ale już wkrótce zostają narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo, zarówno ze strony okupantów, jak i nowych mieszkańców. Czy uda im się przeżyć, a może czeka ich ten sam los, co dwójkę ich wcześniejszych kompanów? 

 Z ogromną niecierpliwością czekałam na „Przyjaciół mroku” i gdy tylko otrzymałam powieść w swoje ręce, zatopiłam się lekturze na cały dzień. Narracją, tak jak w poprzednich częściach, zajmuje się Ellie, która na bieżąco opisuje zdarzenia, mające miejsce od czasu inwazji wrogów. Dzięki temu, czytelnik z łatwością może związać się z bohaterami i ma wrażenie, jakby sam uczestniczył w przedstawionych wydarzeniach; razem z Ellie, Kevinem, Fi i Homerem pokonuje lasy, ucieka przed wrogami, ulega licznym wątpliwościom we własne siły, załamuje się i patrzy na śmierć ludzi, którzy pragną zlikwidować nastolatków.

 Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niesamowita przemiana bohaterów. Czy chcieli, czy nie, zmienili się nie do poznania. Z nieświadomych nastolatków stali się osobami, które potrafią ranić i zabijać. Jednak to jest wojna, nie ma tu miejsca na litość czy słabość. Nie można zawsze grać fair. Aby osiągnąć swój cel, trzeba podjąć ryzyko i bohaterowie znów je podjęli, opuszczając bezpieczną Nową Zelandię i wracając do gry; co prawda z gorszą wytrzymałością, ale z równie silną motywacją, jak na początku ich niemiłej przygody. Nie ukrywam, że postępowanie niektórych postaci, a zwłaszcza Ellie całkowicie mnie zaskoczyło i poczułam coś w rodzaju zawodu, jednak jeszcze inni zdołali zdobyć mój szacunek.
  
 Tak jak w poprzednich tomach, „Jutro 4. Przyjaciele mroku” wzbudzają w odbiorcy wiele emocji, które przy końcowej ocenie są dla mnie wartością priorytetową.  John Marsden poradził sobie w tej kwestii wyśmienicie, a w połączeniu z szybką i wartką akcją, bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami, w których nie ma niczego sztucznego czy przerysowanego, otrzymujemy powieść na równie wysokim poziomie, który utrzymywał się w poprzednich częściach. Jedynym minusem jest objętość, niestety nie przekraczająca trzystu stron oraz pojawiająca się monotonia, ponieważ w każdej części obserwujemy zachowanie grupy młodych osób, przechodzącej liczne załamania, które i tak szybko się kończą, dzięki czemu mogą tworzyć kolejne plany, mające na celu utrudnienie życia wrogom.

 „Jutro” łamie regułę, mówiącą o tym, że kolejne następne części są gorsze od pierwszego tomu. Autor po raz kolejny udowodnił, że jeżeli się chce oraz posiada się dobry, a zarazem oryginalny pomysł, to można stworzyć prawdziwe arcydzieło, które będzie w stanie oczarować tysiące, jak nie miliony, a w obecnych czasach zdarza się to niezwykle rzadko.

 „Przyjaciół mroku” polecam każdemu bez względu na wiek. Jeżeli jeszcze nie sięgnąłeś po tę serię, to jest to prawdopodobnie jeden z największych błędów, jakie popełniłeś w swoim życiu. „Jutro” jest serią godną uwagi, która porusza, wciąga, a zarazem daje do myślenia, dlatego mogę z czystym sumieniem zachęcić każdego do zapoznania się z nią.
 Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak literanova, za co serdecznie dziękuję!

16 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 20 listopada 2011

Wilczy miot,S.A.Swann

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 383
Data premiery: 10.11.2011r.
 
 Wychowywane by zabijać wrogów, bite, poniżane, traktowane nieludzko. Ale moment… czemu ONE miałyby być łagodnie traktowane? Przecież to tylko z pozoru ludzie, którzy przemieniają się w bestie, istoty wilczo podobne, wilkołaki. Nikt nie powinien czuć względem nich litości, są tylko narzędziem w rękach ludzi, którzy je wytresowali - właśnie tak wyglądało dotychczasowe życie Lilii oraz reszty jej rodzeństwa, które zdołało przetrwać. Nauczono ją, że ma być bezwzględnie posłuszna swemu Panu, ma go zadowalać. Gdy on jest szczęśliwy, wtedy ona też ma prawo być szczęśliwa. Jednak nie trwa to długo. Bohaterce w końcu udaje się uciec z więzienia i półżywą dziewczynę znajduje jednoręki Uldolf, który wkrótce zaczyna darzyć zagubioną nieznajomą silnym uczuciem, zresztą – ze wzajemnością. 

 „Wilczy miot” nie jest zwykłą pozycją fantastyczną. Akcja rozgrywa się w trzynastowiecznych Prusach, gdzie toczone są wojny między poganami a wysłannikami Kościoła – rycerzami zakonu krzyżackiego. Można z początku dojść do wniosku, że sceneria trzynastowiecznego państwa nie będzie w stanie zainteresować czytelnika, ale nic bardziej mylnego. Dzięki osadzeniu wydarzeń w tak odległych czasach powieść ma niesamowity klimat oraz serwuje odbiorcy wiele emocji.

  Autor idealnie poradził sobie z opisaniem świata z punktu widzenia żyjących w tamtym okresie ludzi. Jego język jest plastyczny, lekki, chociaż tematyka powieści do najłatwiejszych z pewnością nie należy. Dzięki rozbudowanym opisom z łatwością przychodzi czytelnikowi wyobrażenie przedstawionych miejsc oraz przywiązanie się do poszczególnych postaci, które mogą wzbudzać różne emocje – zarówno te dobre jak i te złe. Jednak momentami gubiłam się w treści, ponieważ tekst trzeba czytać uważnie i należy zwracać uwagę na daty, zamieszczone pod odpowiednimi częściami książki. Jeżeli chodzi o akcję, to przez cały czas jest szybka, a mimo to na końcu nabiera jeszcze większego tempa. W trakcie lektury powoli poznajemy prawdę o tajemniczej śmierci rodziców jednorękiego chłopaka oraz przyczynie jego kalectwa, dodaje to niesamowitego uroku powieści.

 Największą zaletą tej pozycji jest przedstawienie miłości dwóch młodych osób w sposób magiczny. Może jest to związane z okresem, w którym przyszło im żyć, jednak z każdą kolejną stroną nabierałam wrażenia, że rodzące się uczucie między Lilią i Uldolfem jest czymś wyjątkowym, niemal sakralnym. Nie jest to gwałtowne i sztuczne, jak w większości fantastycznych pozycjach bywa, ponieważ dwójka tych bohaterów przeżywa swoją pierwszą, wielką miłość, która już wkrótce przez krwawe zdarzenia z przeszłości i teraźniejszości zostanie wystawiona na ciężką próbę.  

 „Wilczy miot” jest godną polecania pozycją, w której mamy okazję poznać historię pomieszaną z fantastyką oraz silnym i niepowtarzalnym uczuciem miłości, dzięki czemu czytelnik ma możliwość odpoczęcia od szablonowych czy przewidywalnych historii. Okładka jest chyba najsłabszym elementem powieści, ponieważ nie ma nic wspólnego z historią, a postać stojąca obok wilka wygląda jak trup i to w bardzo nieciekawej postaci - wniosek nasuwa się jeden: nie ma co się sugerować oprawą graficzną.  

Moja ocena: 4-/6

22 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 19 listopada 2011

Jak wykorzystać ciemną stronę, Debbie Ford

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 220
Data premiery: 2011

Każdy z nas ma cechy charakteru, których się wstydzi. Są to tzw. „cienie” lub nasza ciemna strona, do której można zaliczyć m.in. skąpstwo, egoizm, rasizm czy złośliwość. Za pomocą bestsellerowej pozycji Debbie Ford, mamy okazję przekonać się, że nie powinniśmy ukrywać tych gorszych cech, a należałoby je zaakceptować i wykorzystać w odpowiedni, pozytywny dla nas sposób. Z początku można pomyśleć: „to niemożliwe, nie realne”, a jednak mając do pomocy tak uzdolnioną przewodniczkę duchową, stanie się to całkiem łatwe i jak najbardziej realne.

 Język zastosowany przez autorkę jest prosty i lekki, dzięki czemu „Jak wykorzystać ciemną stronę” czyta się zadziwiająco szybko, a same poznawanie treści sprawia przyjemność. Debbie Ford w sposób przejrzysty i zrozumiały wyjaśnia nam definicje cienia, uczy nas krok po kroku, jak akceptować siebie oraz w jaki sposób możemy zamienić swoje wady i słabości w zalety. Prócz tego, czytelnik ma możliwość poznania powodu, dla którego niektóre osoby działają na nas niczym czerwona płachta na byka, w obecności których czujemy się źle i marzymy tylko o tym, żeby jak najszybciej zniknęły nam z oczu.   

 Zawarte przez autorkę instrukcje oraz ćwiczenia związane z medytacją bardzo ułatwiają czytelnikowi zrozumienie przesłania książki, jednak największą zaletą tej pozycji było zamieszczenie przykładów z życia wziętych, które okazały się niezwykle pomocne w czasie poznawania kolejnych instrukcji zamieszczonych w książce. Zarówno przeżycia innych osób, będącymi członkami seminarium autorki, jak i doświadczenie Debbie Ford, która dzięki zamienieniu swoich wad i słabości w niezwykle cenne korzyści, zmieniła swoje życie, stała się zupełnie inną, szczęśliwszą osobą. 

 "Jak wykorzystać ciemną stronę" jest interesującą pozycją, która ma wiele do zaoferowania czytelnikowi. Dzięki niej z łatwością można zmienić mój sposób widzenia oraz postrzegania innych ludzi. Lektura daje do myślenia i zastanowienia się nad swoją przeszłością, ponieważ niektóre wydarzenia np. z dzieciństwa mogły niewyobrażalnie wpłynąć na nas, chociaż możemy tego nie dostrzegać. W trakcie lektury również zrozumiałam, że każdy posiada cechy zarówno dobre jak i złe, i nie należy na siłę zmieniać się w osoby którymi nie jesteśmy.

  Dzięki Debbie Ford czytelnik będzie w stanie wypośrodkować obecną w nas jasność oraz mrok, a tym samym - zaakceptować siebie. Mimo, że nie zawsze zgadzałam się opinią autorki, to polecam tę pozycję każdej osobie, która chce zacząć pracować nad swoim "ja".
 Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

10 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 13 listopada 2011

Srebro koloidalne, Dr Josef Pies

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 131
Data premiery: 16.06. 2011

   Jeszcze nikt nie wymyślił leku, który działałby na wszystko i chroniłby nas przed wczesną śmiercią, chociaż gdyby było inaczej, wkrótce zabrakłoby miejsca dla ludzi,  wzrósłby poziom biedy na świecie i automatycznie stalibyśmy się jeszcze bardziej niezadowoleni niż jesteśmy - ale pozostawmy tego typu rozważania filozofom i innym mądrym ludziom, ponieważ tak naprawdę nie jesteśmy skazani na pogodzenie się z chorobami, różnymi dolegliwościami czy słabą odpornością. Za sprawą książki „Srebro koloidalne” będziemy w stanie poznać tajemniczy środek niszczący bakterie, wirusy, a nawet grzyby.

 Przed rozpoczęciem lektury, przeszukałam Internet szukając informacji na temat srebra koloidalnego. Nie mogłam uwierzyć, że jest tak znane, a ja jeszcze o nim nie słyszałam. Przeglądając wybrane strony, zdałam sobie również sprawę, że wiele osób zażywa go i – o dziwo – terapia tym tajemniczo brzmiącym środkiem przynosi rezultaty! Srebro od zawsze miało rozległe zastosowanie; zarówno w leczeniu chorób skóry, stanów zapalnych, a nawet, co ciekawe, w spowolnieniu procesu kwaśnienia mleka – ale to tylko część jego pozytywnych właściwości. Do tej pory wykorzystuje się je w szpitalach, w akupunkturze czy w terapii ajurwedyjskiej, a teraz my – zwykli ludzie – możemy cieszyć się jego właściwościami. 

 Dr Josef Pies w swojej niewielkiej objętościowo książce przedstawił nam ogólne informacje na temat srebra koloidalnego; opisał jego działanie, odpowiedział na najczęściej zadawane pytania związane z tym specyfikiem, przybliżył jego historię, sposób pozyskiwania, ale również przeznaczył dwa rozdziały na opisanie skutków wykorzystania srebra koloidalnego na zwierzętach oraz roślinach – szczerze powiedziawszy, to właśnie te dwa rozdziały zainteresowały mnie najbardziej. 

 „Srebro koloidalne” może z początku przerażać i zniechęcać, ponieważ jakby nie patrzeć ma dużo wspólnego z chemią, a więc z dziedziną nauki, której część ludzi nie może znieść, do tych osób zaliczam się również ja, więc nie ma co się dziwić, że do lektury podeszłam z jawną niechęcią. Już w pierwszym rozdziale przeraziły mnie tabelki, jednak kilka linijek dalej ujrzałam zabawne obrazki, które pozwoliły mi się zrelaksować, a tym samym zagłębić w lekturze.

 Nie będę rozpisywać się na temat jak to mnie ta pozycja wciągnęła i zainteresowała, bo tak nie było. Owszem, znacząco poszerzyła moją wiedzę na temat, niegdyś tajemnego dla mnie specyfiku, jednak, czego można więcej wymagać od lektury czysto naukowej? 

 „Srebro koloidalne” polecić mogę każdej osobie, która chciałaby lepiej zapoznać się z tym tematem. Jest to idealne przygotowanie przed rozpoczęciem stosowania terapii srebrem koloidalnym. Jednak nie można oczekiwać wielkich cudów, autor w swojej książce wspomina, że nie jest to żaden cudowny środek leczący wszystkie choroby, ponieważ odnotowuje się przypadki, gdzie srebro koloidalne wykazuje brak działań. 
Moja ocena: 3/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!


* Ostatnimi czasy mój kot przebył bardzo poważną operację dróg moczowych i nadal w pełni nie wyzdrowiał. Spróbuję wykorzystać na nim owe srebro, być może pomoże…

12 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 12 listopada 2011

Krew na Placu Lalek, Krzysztof Kotowski


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 407
Data premiery: 18.10.2011r.

 Plac Lalek – miejsce, gdzie istnieją kolorowe pałace wypełnione zabawkami. Bawią się nimi dzieci, które prędzej czy później spotykają się ze swoimi rodzicami. Ale czy aby na pewno? Czy takie miejsce istnieje? Jaką kryje tajemnicę i kto postanowi zaryzykować, aby poznać prawdę na jego temat? 

 Maria jest kobietą z dość nieciekawą przeszłością. W momencie, gdy jej córka ucieka, robi wszystko, aby dowiedzieć się, czy jest cała i zdrowa. Niestety, nawet zatrudniony detektyw, a tym bardziej policja nie jest w stanie jej pomóc. Jednak wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy budzi się w zrujnowanym dworku bez torebki i jakichkolwiek pieniędzy. Stoi nad nią przerażone dziecko, które prosi o pomoc. Kobieta czuje, że coś jest nie tak i razem z ośmioletnią dziewczynką udaje się na komisariat policji, gdzie dzień wcześniej przyjmowano od niej zeznanie w sprawie zaginięcia córki. Dzisiaj nikt jej nie pamięta; tak samo reagują dotychczasowi znajomi a rodzina zaprzecza jej istnieniu. Kobieta jest załamana, ale razem z Justyną u swego boku stara się poznać prawdę.

 „To nie jest ani logiczne, ani realne. A nie potrafiłam znaleźć sposobu, aby obudzić się z tego… snu? […]”*

 Krzysztof Kotowski za sprawą swej powieści ukazuje czytelnikowi niezbyt różowe życie zwykłego obywatela we współczesnej Polsce. Bałagan na komendzie, niekompetentni funkcjonariusze prawa oraz opis ich "starań" jest zarazem przerażający i szokujący. Na szczęście nie wszyscy ludzie są tacy sami, dlatego dla zachowania równowagi autor przedstawił również postępowanie trzech policjantów, którzy narażają własne bezpieczeństwo, zarówno fizyczne jak i psychiczne, na ogromne niebezpieczeństwo. Z każdym kolejnym tropem zagłębiają się jeszcze bardziej w tę sprawę, co skutkuje powolną, aczkolwiek bardzo zauważalną zmianą w ich zachowaniu.

 Język jest lekki, dzięki czemu powieść czyta się szybko, praktycznie jednym tchem. Przez całą lekturę zastanawiałam się nad rozwiązaniem tej zagadki, jednak nie było to tak proste jak myślałam. Zaprezentowana przez autora historia jest oryginalna i przesycona tajemniczością, i co najlepsze – trzyma czytelnika w niepewności do ostatniej strony. Obecność licznych wulgaryzmów w wypowiedziach poszczególnych postaci nie była dla mnie w żaden sposób drażniąca. Wręcz przeciwnie, każdy człowiek, zwłaszcza w chwilach zdenerwowania, wypowiada się używając niecenzuralnych słów, więc dlaczego nie mieliby również w taki sposób odreagowywać policjanci postawieni w tak nietypowej sytuacji?

 Największą zaletą "Krwi na Placu Lalek" jest możliwość prowadzenia śledztwa równocześnie z warszawskimi policjantami, w których ręce został przekazany dziennik Marii. Poszczególne fragmenty jego kartek umożliwiają poznanie bliżej postaci Marii i Justyny, oraz niezwykle pomagają w złożeniu wszystkich faktów w jedną całość; poznaniu prawdy o zagubionej kobiecie, młodej dziewczynce oraz tajemniczym Włochu, który odgrywa istotną rolę w całej historii. 

 Od momentu, gdy w moje ręce trafiła „Kobieta bez twarzy” z serii „Asy kryminałów”, mój stosunek względem tego typu literatury całkowicie uległ przeobrażeniu. Pozycja pt. „Krew na Placu Lalek” umocniła mnie jedynie w przekonaniu, że polscy pisarze potrafią pisać nie gorzej niż zagraniczni autorzy. Dlatego tę powieść mogę polecić każdej osobie, która chce poznać nieprawdopodobnie interesującą historię lub pragnie przekonać się do polskich kryminałów.     
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję!

*153

14 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

Blogger Template by Clairvo