środa, 30 listopada 2011

Gra o Ferrin, Katarzyna Michalak [e-book]

 
Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 316
Data premiery: 7.05.2010r.
Motyw zakładu Boga z szatanem jest chyba znany każdemu m.in. z „Fausta”, „Przypowieści o Hiobie” itp., jednak nie spotkałam się jeszcze z pozycją, gdzie Zdrada grałaby ze Złem. W „Grze o Ferrin” jest to możliwe, ponieważ właśnie o tę tytułową krainę postanowiły zagrać te dwie istoty, wykorzystując w tym celu życie pewnej śmiertelniczki.

 Poznajcie Karolinę - lekarkę, wychowaną przez przyrodnią matkę. Jest nieszczęśliwa i zagubiona, a kolejna zawodowa porażka - śmierć młodej dziewczyny - pogłębia jeszcze bardziej ten stan. Tej samej nocy wykonuje rytuał i nieświadomie przenosi się do innego świata, gdzie toczy się bitwa o losy magicznej krainy, a elfy, smoki i inne typu magiczne istoty istnieją naprawdę. Główna bohaterka brana jest za Uzdrowicielkę, o której mówi Przepowiednia i z tego powodu zostaje wplątana w szereg zaskakujących wydarzeń.

 „Gra o Ferrin” zaczęła się interesująco, jednak już wkrótce za bardzo zaczęła mi przypominać „Opowieści z Narnii” i inne tego typu książki, gdzie główna postać zostaje wysłana do innego świata, w którym panuje wojna pomiędzy grupą dobrych i grupą złych istot. Jest to już tak znany motyw, że byłam przygotowana na kolejną kopię którejś z historii. Czekała mnie nie lada niespodzianka… Ponieważ mimo chęci autorki, chyba gorzej już wyjść nie mogło.

 Katarzyna Michalak tak bardzo starała się zadziwić czytelnika, nie powielać utartych już schematów, że w książce zagościł chaos. W trakcie lektury gubiłam się, miałam problem ze zorientowaniem się gdzie i z kim teraz jest bohaterka, co robi i dlaczego to robi. Przez większą część lektury odnosiłam wrażenie, że autorka specjalnie „skacze z kwiatka na kwiatek”, próbując zgubić czytelnika, aby ten nie mógł domyślić się co będzie dalej. Jeżeli taki był cel stworzenia tak chaotycznego opisu, to i to nie wyszło autorce. Mimo, że miałam problem w zorientowaniu się w lekturze, to rozgrywające się wydarzenia były przewidywalne i w żaden sposób nie zdołały mnie zaskoczyć.

 Czytanie mimo tego poważnego mankamentu idzie zadziwiająco sprawnie. Język jest prosty i lekki, dzięki czemu odbiorca nie ma żadnych problemów z wyobrażeniem sobie poszczególnych miejsc. Największą i chyba jedyną zaletą tej pozycji jest postać Karoliny. Wraz z podróżą do innego świata, zmienia się jej osobowość i chociaż czasem nie rozumiałam jej postępowania, to z pewnością mogę powiedzieć, że udało jej się zdobyć moją sympatię.

 „Gra o Ferrin” nie jest rewelacyjną pozycją i mimo, że z losami głównej bohaterki powiązany jest wątek miłosny, to nie był on w stanie uratować tego tytułu. Mam wrażenie, jakby książka nie została dokończona, a autorka pisała ją bez wcześniejszego przemyślenia. Z pewnością nie jest to dobrą opcja dla osób, które od literatury fantastycznej oczekują czegoś więcej niż tylko przewidywalnych zdarzeń i ogromnego chaosu, który potrafi zniszczyć radość z czytania u każdego czytelnika.
Moja ocena: 2+/6
E-book'a otrzymałam dzięki uprzejmości platformy woblink.com.

11 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

wtorek, 29 listopada 2011

Talia miłości, Emily Debberley

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Ilość kart: 52 + poradnik
Data premiery: 2011


 Uprawianie seksu ma wiele zalet: sprawia przyjemność, polepsza relacje między ludźmi itp., jednak z czasem w związku zaczyna pojawiać się monotonia i nuda. Kochanie się nie sprawia już tyle przyjemności, co kiedyś, czego najczęściej skutkiem są „skoki w bok”, a co za tym idzie, rozstania. Czy jest więc sposób, aby pokonać te uczucia? Oczywiście! I właśnie karty stworzone przez Emily Dubberley mogą w tym pomóc każdemu, kogo ten problem dotyczy.

 W pudełku znajdziemy talię 52 kart oraz poradnik, który zawiera w sobie podstawowe informacje oraz zamieszczone przez autorkę propozycje ich korzystania. Talia jest prosta; zachowana w czerwonej kolorystyce, pomagającej pobudzić wszystkie zmysły. Na każdej z kart znajduje się ilustracja zaproponowanej pozycji. Nie są to ambitne i piękne rysunki, a jedynie proste szkice, które ułatwiają właścicielowi wyobrażenie sobie danej propozycji. Z drugiej strony karty, zamieszczony jest jej opis, informacje dla użytkowników, a nawet stopień trudności, dzięki któremu zabawa może stać się przyjemnym wyzwaniem.

 Talia, jak wszystkie karty wydane przez wydawnictwo Astropsychologii jest porządnie wydana. Karty są dobrze sklejone, dzięki czemu trudniej jest je zniszczyć. Jednak nie jest to ich jedyna zaleta, pomijając kwestię estetyczną - dzięki swojemu kształtowi zmieszczą się praktycznie wszędzie, dzięki czemu z łatwością można je ukryć przed niepożądanym wzrokiem. Jest to w końcu intymna rzecz, o której ma prawo wiedzieć tylko nasz partner, na którym będziemy testować poszczególne pozycje.

 Wstyd, myśl o odrzuceniu czy zażenowanie są najgorszymi wrogami człowieka, dlatego za pomocą owych kart możemy przekazać, zasugerować naszemu wybrankowi / naszej wybrance, krótką, aczkolwiek konkretną informację na temat pozycji, jaką chcielibyśmy danego dnia wypróbować. Już samo podarowanie czy podrzucenie takiej kart jest sygnałem dla obdarowanego, na co obecnie ma się ochotę i czego się od niego oczekuje, aczkolwiek mina partnera, który znajduje ową kartę z pewnością jest bezcenna.

 „Talia miłości” jest więc idealnym rozwiązaniem dla każdej pary, która chce urozmaicić swoje życie seksualne, zabić monotonię i na nowo zacząć odczuwać przyjemność ze wspólnego seksu. Cena kart może niektórych odstraszać i zniechęcać do nabycia, jednak czy w momencie, gdy związek przechodzi kryzys, kwestia materialna jest aż tak ważna? Myślę, że nie. Zawsze warto ratować to, co jest dla nas ważne i daje nam przyjemność. 
Moja ocena: 6/6
Talię kart otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

10 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 27 listopada 2011

Karty "Potęga myśli", Louise L. Hay

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba kart: 64
Data premiery: 2011

 Louise L. Hay jest kobietą, która zmieniła życie swoje i innych ludzi nie do poznania. Sprawiła, że stali się szczęśliwsi, silniejsi i pewniejsi siebie. W lipcu miałam okazję przeczytać i zrecenzować jedną z jej książek pt. „Pokochaj swoje życie”, która wywarła na mnie spore wrażenie, i właśnie dzisiaj chciałabym zapoznać Was z kartami autorstwa tej samej osoby, a więc ze światowym autorytetem z zakresu afirmacji.

  Po otwarciu pudełka talii przez chwilę nie mogłam wykrztusić słowa. Patrzyłam jak oczarowana na piękne ilustracje zdobiące każdą z 64 kart. Mój zachwyt powiększył się, gdy ujrzałam pozłacane brzegi, dodające kartom niesamowitego uroku. Można pomyśleć, że co to takiego, że oprawa graficzna i estetyczna nie jest ważna, jednak nic bardziej mylnego! Kto z nas chciałby korzystać z czegoś, co swoją przeciętną postacią nie wzbudza żadnych emocji? Większość osób jest wzrokowcami, dlatego wygląd zewnętrzny danego produktu odgrywa dużą rolę w naszym życiu i w podejmowanych przez nas wyborach, co automatycznie wiąże się ze wzrostem cenowym danego produktu. 

 Jak wspominałam, każda z kart jest ozdobiona uroczą ilustracją oraz zdaniem, które ma pomóc nam w pokochaniu swojej osoby, zmienieniu swojego nastawienia i uwierzeniu w nadejście lepszego jutra. Natomiast z drugiej strony wszystkich kart, naszym oczom ukazują się zdania poświęcone wcześniejszej afirmacji. Dzięki temu, dobitniej możemy przyswoić tę myśl, uwierzyć w nią, a tym samym - powoli urzeczywistnić ją i zaobserwować zmiany pojawiające się w naszym życiu. 

 Talia kart „Potęga myśli” jest sympatycznym, łatwym w użyciu i bardzo pozytywnym produktem, który dzięki przepięknej oprawie graficznej oraz afirmacjom znajdującym się na każdej z kart, potrafi w użytkownikach wskrzesić siłę i chęć do zmiany czegoś w swoim życiu, jednak prócz tego ma jeszcze jedną pozytywną cechę - potrafi poprawić humor i wzbudzić uśmiech na twarzy ich właściciela.

 Użycie tali nie jest skomplikowane, jednak każdemu może odpowiadać inny sposób korzystania z nich, dlatego użytkownik ma wolną rękę w tej kwestii. Osobiście preferuję wcześniejsze potasowanie ich - co prawda utrudnia to kwadratowy kształt kart - i nie patrząc na leżące przede mną afirmacje, wybieram jedną z nich. Może wydawać się to nieprawdopodobne, aczkolwiek każda z wybranych przeze mnie kart pasuje idealnie do stanu, w jakim obecnie się znajduję wyjmując je z pudełka.

  Karty wydane przez wydawnictwo Studio Astropsychologii jak zwykle cieszą oko, jednak ich największą wadą jest mało komfortowy kształt, który utrudnia operowanie nimi oraz cena, która może zniechęcać potencjalnego klienta, jednak jest to związane z jakością ich wykonania; użytkownik ma pewność, że przy rozsądnym korzystaniu z nich nie rozkleją się i wydane pieniądze nie wylądują w koszu. W takim wypadku nie mogę zrobić nic innego, jak polecić je wszystkim bez wyjątku. Myślę, że będą w stanie zadowolić i uszczęśliwić każdego, zwłaszcza, że powoli zbliżają się święta, a kto z nas pogardziłby takim prezentem?
Moja ocena: 5/6 
Talię kart otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

15 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

czwartek, 24 listopada 2011

Łowca Czarownic, William Hussey

Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 366
Data premiery: 8.09.2011r.
 
 Szata graficzna „Łowcy Czarownic” może niektórych odstraszać, jednak we mnie nie zdołała wywołać żadnych emocji. Ot, przeciętna okładka z brzydkim typkiem umieszczonym na środku. Natomiast pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był napis na dolnej części okładki mówiący: „Brytyjska odpowiedź na Stephena Kinga”, nie ukrywam, że zabrzmiało to bardzo obiecująco… i szkoda, że na tym tylko pozostało.

 Piętnastoletni Jake Harker jest brany przez rówieśników za dziwaka i wariata od horrorów. W momencie, gdy wracając z matką do domu zostaje napadnięty, zdaje sobie sprawę, że świat jest pełen potworów rodem z komiksów, które z takim zapałem czyta. Cudem udaje mu się ujść z życiem, jednak jego rodzicielka nie ma tyle szczęścia. Zostaje brutalnie zamordowana, zachowując milczenie na temat tajemniczej maszyny, do której budowania się zobowiązała. Owe urządzenie miało uchronić świat przed Świtem Demonów – czasem, gdy przez wrota piekieł mogą przejść przerażające stwory, wprowadzające do naszego świata jedynie chaos. Jedyną rzeczą, która mogła do tej pory powstrzymać otwarcie przejścia było zabicie niewinnego dziecka, a tym razem wybór padł na głównego bohatera, który jednak nie ma zamiaru tak bardzo się poświęcić. Robi więc wszystko aby powstrzymać nadejście chaosu, a tym samym - uratować własną skórę.

 Akcji z pewnością nie można zaliczyć do najszybszych, trochę trwało zanim zaczęło się w niej dziać coś wartego większej uwagi, chociaż oczywiście cała historia kręciła się wokół tajemnicy dotyczącej sekretnej broni, wywracającej życie głównego bohatera do góry nogami. Jeżeli chodzi zaś o język autora, to nie mogę mu niczego zarzucić. Jest on prosty, a tym samych lekki, dzięki czemu powieść czyta się szybko, chociaż przeszkadzać mogą spore ilości zbędnych opisów, przez które zamiast fascynacji odczuwać można jedynie znużenie.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                       
 Wybierając tę pozycję miałam nadzieję na wciągającą lekturę, jednak zamiast tego otrzymałam przeciętną powieść, udającą książkę gatunku grozy i horroru. Powracając myślami do lektury, nie mogę przypomnieć sobie żadnego momentu, w którym odczuwałabym strach, fascynację czy zżerającą mnie ciekawość. Było mi obojętne co się wydarzy dalej, ponieważ domyślałam się jak zakończy się ta historia i nie zdziwiłam się, gdy stało się tak, jak podejrzewałam od samego początku. Postać Jake jest doskonałym przykładem motywu "od zera do bohatera", który dodatkowo momentami irytuje odbiorcę swoim zachowaniem. Razem z nim, mamy możliwość poznania nowych postaci, które z łatwością można przypisać do grupy dobrych lub złych charakterów, których w książce nie brakuje.

 W „Łowcy Czarownic” prócz walki ze złem możemy obserwować pojawiające się powoli uczucie pomiędzy dwójką bohaterów, jednak nie zostało ono przedstawione w interesujący sposób, tym samym - nie wiem komu mogłabym polecić tę pozycję. Chyba osobie, która lubi przeciętne powieści, jednak czy chcecie tracić na nie swój czas?  
 Moja ocena: 2+/6

16 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Jutro 4. Przyjaciele mroku, John Marsden

  Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 267
Data premiery: 18.11.2011r.

„Jutro” jest niesamowitą serią, która zyskała już miliony fanów na całym świecie i mimo, że została napisana kilkanaście lat temu, czytelnik w żaden sposób tego nie odczuwa. Jednak czy kolejna, czwarta już część opowiadająca o grupie młodych dzielnych, okaże się tak dobrą pozycją jak poprzednie tomy?

 Ellie jest przerażona myślą o powrocie do niebezpiecznego Wirrawee - miejsca jej urodzenia, terenu, który uważała za swój dom do momentu, gdy obce państwo siłą go zagarnęło i zastąpiło mieszkańców swoimi ludźmi. Po powrocie w rodzinne strony Ellie i czwórka jej przyjaciół od razu przyzwyczaja się do niebezpieczeństw, na które są znów narażeni. Przy pomocy zawodowych żołnierzy mają pozbyć się ważnego dla wrogów miejsca - lotniska, jednak w momencie, gdy Lee oraz wyszkolona grupa wyrusza do miasta, kontakt z nimi się urywa i mimo umowy, nie powracają do bazy - Piekła. Grupa przyjaciół wyrusza do miasta, aby odnaleźć zaginionych, ale już wkrótce zostają narażeni na śmiertelne niebezpieczeństwo, zarówno ze strony okupantów, jak i nowych mieszkańców. Czy uda im się przeżyć, a może czeka ich ten sam los, co dwójkę ich wcześniejszych kompanów? 

 Z ogromną niecierpliwością czekałam na „Przyjaciół mroku” i gdy tylko otrzymałam powieść w swoje ręce, zatopiłam się lekturze na cały dzień. Narracją, tak jak w poprzednich częściach, zajmuje się Ellie, która na bieżąco opisuje zdarzenia, mające miejsce od czasu inwazji wrogów. Dzięki temu, czytelnik z łatwością może związać się z bohaterami i ma wrażenie, jakby sam uczestniczył w przedstawionych wydarzeniach; razem z Ellie, Kevinem, Fi i Homerem pokonuje lasy, ucieka przed wrogami, ulega licznym wątpliwościom we własne siły, załamuje się i patrzy na śmierć ludzi, którzy pragną zlikwidować nastolatków.

 Pierwsze, co rzuca się w oczy, to niesamowita przemiana bohaterów. Czy chcieli, czy nie, zmienili się nie do poznania. Z nieświadomych nastolatków stali się osobami, które potrafią ranić i zabijać. Jednak to jest wojna, nie ma tu miejsca na litość czy słabość. Nie można zawsze grać fair. Aby osiągnąć swój cel, trzeba podjąć ryzyko i bohaterowie znów je podjęli, opuszczając bezpieczną Nową Zelandię i wracając do gry; co prawda z gorszą wytrzymałością, ale z równie silną motywacją, jak na początku ich niemiłej przygody. Nie ukrywam, że postępowanie niektórych postaci, a zwłaszcza Ellie całkowicie mnie zaskoczyło i poczułam coś w rodzaju zawodu, jednak jeszcze inni zdołali zdobyć mój szacunek.
  
 Tak jak w poprzednich tomach, „Jutro 4. Przyjaciele mroku” wzbudzają w odbiorcy wiele emocji, które przy końcowej ocenie są dla mnie wartością priorytetową.  John Marsden poradził sobie w tej kwestii wyśmienicie, a w połączeniu z szybką i wartką akcją, bardzo dobrze wykreowanymi bohaterami, w których nie ma niczego sztucznego czy przerysowanego, otrzymujemy powieść na równie wysokim poziomie, który utrzymywał się w poprzednich częściach. Jedynym minusem jest objętość, niestety nie przekraczająca trzystu stron oraz pojawiająca się monotonia, ponieważ w każdej części obserwujemy zachowanie grupy młodych osób, przechodzącej liczne załamania, które i tak szybko się kończą, dzięki czemu mogą tworzyć kolejne plany, mające na celu utrudnienie życia wrogom.

 „Jutro” łamie regułę, mówiącą o tym, że kolejne następne części są gorsze od pierwszego tomu. Autor po raz kolejny udowodnił, że jeżeli się chce oraz posiada się dobry, a zarazem oryginalny pomysł, to można stworzyć prawdziwe arcydzieło, które będzie w stanie oczarować tysiące, jak nie miliony, a w obecnych czasach zdarza się to niezwykle rzadko.

 „Przyjaciół mroku” polecam każdemu bez względu na wiek. Jeżeli jeszcze nie sięgnąłeś po tę serię, to jest to prawdopodobnie jeden z największych błędów, jakie popełniłeś w swoim życiu. „Jutro” jest serią godną uwagi, która porusza, wciąga, a zarazem daje do myślenia, dlatego mogę z czystym sumieniem zachęcić każdego do zapoznania się z nią.
 Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak literanova, za co serdecznie dziękuję!

16 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 20 listopada 2011

Wilczy miot,S.A.Swann

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 383
Data premiery: 10.11.2011r.
 
 Wychowywane by zabijać wrogów, bite, poniżane, traktowane nieludzko. Ale moment… czemu ONE miałyby być łagodnie traktowane? Przecież to tylko z pozoru ludzie, którzy przemieniają się w bestie, istoty wilczo podobne, wilkołaki. Nikt nie powinien czuć względem nich litości, są tylko narzędziem w rękach ludzi, którzy je wytresowali - właśnie tak wyglądało dotychczasowe życie Lilii oraz reszty jej rodzeństwa, które zdołało przetrwać. Nauczono ją, że ma być bezwzględnie posłuszna swemu Panu, ma go zadowalać. Gdy on jest szczęśliwy, wtedy ona też ma prawo być szczęśliwa. Jednak nie trwa to długo. Bohaterce w końcu udaje się uciec z więzienia i półżywą dziewczynę znajduje jednoręki Uldolf, który wkrótce zaczyna darzyć zagubioną nieznajomą silnym uczuciem, zresztą – ze wzajemnością. 

 „Wilczy miot” nie jest zwykłą pozycją fantastyczną. Akcja rozgrywa się w trzynastowiecznych Prusach, gdzie toczone są wojny między poganami a wysłannikami Kościoła – rycerzami zakonu krzyżackiego. Można z początku dojść do wniosku, że sceneria trzynastowiecznego państwa nie będzie w stanie zainteresować czytelnika, ale nic bardziej mylnego. Dzięki osadzeniu wydarzeń w tak odległych czasach powieść ma niesamowity klimat oraz serwuje odbiorcy wiele emocji.

  Autor idealnie poradził sobie z opisaniem świata z punktu widzenia żyjących w tamtym okresie ludzi. Jego język jest plastyczny, lekki, chociaż tematyka powieści do najłatwiejszych z pewnością nie należy. Dzięki rozbudowanym opisom z łatwością przychodzi czytelnikowi wyobrażenie przedstawionych miejsc oraz przywiązanie się do poszczególnych postaci, które mogą wzbudzać różne emocje – zarówno te dobre jak i te złe. Jednak momentami gubiłam się w treści, ponieważ tekst trzeba czytać uważnie i należy zwracać uwagę na daty, zamieszczone pod odpowiednimi częściami książki. Jeżeli chodzi o akcję, to przez cały czas jest szybka, a mimo to na końcu nabiera jeszcze większego tempa. W trakcie lektury powoli poznajemy prawdę o tajemniczej śmierci rodziców jednorękiego chłopaka oraz przyczynie jego kalectwa, dodaje to niesamowitego uroku powieści.

 Największą zaletą tej pozycji jest przedstawienie miłości dwóch młodych osób w sposób magiczny. Może jest to związane z okresem, w którym przyszło im żyć, jednak z każdą kolejną stroną nabierałam wrażenia, że rodzące się uczucie między Lilią i Uldolfem jest czymś wyjątkowym, niemal sakralnym. Nie jest to gwałtowne i sztuczne, jak w większości fantastycznych pozycjach bywa, ponieważ dwójka tych bohaterów przeżywa swoją pierwszą, wielką miłość, która już wkrótce przez krwawe zdarzenia z przeszłości i teraźniejszości zostanie wystawiona na ciężką próbę.  

 „Wilczy miot” jest godną polecania pozycją, w której mamy okazję poznać historię pomieszaną z fantastyką oraz silnym i niepowtarzalnym uczuciem miłości, dzięki czemu czytelnik ma możliwość odpoczęcia od szablonowych czy przewidywalnych historii. Okładka jest chyba najsłabszym elementem powieści, ponieważ nie ma nic wspólnego z historią, a postać stojąca obok wilka wygląda jak trup i to w bardzo nieciekawej postaci - wniosek nasuwa się jeden: nie ma co się sugerować oprawą graficzną.  

Moja ocena: 4-/6

22 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 19 listopada 2011

Jak wykorzystać ciemną stronę, Debbie Ford

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 220
Data premiery: 2011

Każdy z nas ma cechy charakteru, których się wstydzi. Są to tzw. „cienie” lub nasza ciemna strona, do której można zaliczyć m.in. skąpstwo, egoizm, rasizm czy złośliwość. Za pomocą bestsellerowej pozycji Debbie Ford, mamy okazję przekonać się, że nie powinniśmy ukrywać tych gorszych cech, a należałoby je zaakceptować i wykorzystać w odpowiedni, pozytywny dla nas sposób. Z początku można pomyśleć: „to niemożliwe, nie realne”, a jednak mając do pomocy tak uzdolnioną przewodniczkę duchową, stanie się to całkiem łatwe i jak najbardziej realne.

 Język zastosowany przez autorkę jest prosty i lekki, dzięki czemu „Jak wykorzystać ciemną stronę” czyta się zadziwiająco szybko, a same poznawanie treści sprawia przyjemność. Debbie Ford w sposób przejrzysty i zrozumiały wyjaśnia nam definicje cienia, uczy nas krok po kroku, jak akceptować siebie oraz w jaki sposób możemy zamienić swoje wady i słabości w zalety. Prócz tego, czytelnik ma możliwość poznania powodu, dla którego niektóre osoby działają na nas niczym czerwona płachta na byka, w obecności których czujemy się źle i marzymy tylko o tym, żeby jak najszybciej zniknęły nam z oczu.   

 Zawarte przez autorkę instrukcje oraz ćwiczenia związane z medytacją bardzo ułatwiają czytelnikowi zrozumienie przesłania książki, jednak największą zaletą tej pozycji było zamieszczenie przykładów z życia wziętych, które okazały się niezwykle pomocne w czasie poznawania kolejnych instrukcji zamieszczonych w książce. Zarówno przeżycia innych osób, będącymi członkami seminarium autorki, jak i doświadczenie Debbie Ford, która dzięki zamienieniu swoich wad i słabości w niezwykle cenne korzyści, zmieniła swoje życie, stała się zupełnie inną, szczęśliwszą osobą. 

 "Jak wykorzystać ciemną stronę" jest interesującą pozycją, która ma wiele do zaoferowania czytelnikowi. Dzięki niej z łatwością można zmienić mój sposób widzenia oraz postrzegania innych ludzi. Lektura daje do myślenia i zastanowienia się nad swoją przeszłością, ponieważ niektóre wydarzenia np. z dzieciństwa mogły niewyobrażalnie wpłynąć na nas, chociaż możemy tego nie dostrzegać. W trakcie lektury również zrozumiałam, że każdy posiada cechy zarówno dobre jak i złe, i nie należy na siłę zmieniać się w osoby którymi nie jesteśmy.

  Dzięki Debbie Ford czytelnik będzie w stanie wypośrodkować obecną w nas jasność oraz mrok, a tym samym - zaakceptować siebie. Mimo, że nie zawsze zgadzałam się opinią autorki, to polecam tę pozycję każdej osobie, która chce zacząć pracować nad swoim "ja".
 Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

10 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 13 listopada 2011

Srebro koloidalne, Dr Josef Pies

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 131
Data premiery: 16.06. 2011

   Jeszcze nikt nie wymyślił leku, który działałby na wszystko i chroniłby nas przed wczesną śmiercią, chociaż gdyby było inaczej, wkrótce zabrakłoby miejsca dla ludzi,  wzrósłby poziom biedy na świecie i automatycznie stalibyśmy się jeszcze bardziej niezadowoleni niż jesteśmy - ale pozostawmy tego typu rozważania filozofom i innym mądrym ludziom, ponieważ tak naprawdę nie jesteśmy skazani na pogodzenie się z chorobami, różnymi dolegliwościami czy słabą odpornością. Za sprawą książki „Srebro koloidalne” będziemy w stanie poznać tajemniczy środek niszczący bakterie, wirusy, a nawet grzyby.

 Przed rozpoczęciem lektury, przeszukałam Internet szukając informacji na temat srebra koloidalnego. Nie mogłam uwierzyć, że jest tak znane, a ja jeszcze o nim nie słyszałam. Przeglądając wybrane strony, zdałam sobie również sprawę, że wiele osób zażywa go i – o dziwo – terapia tym tajemniczo brzmiącym środkiem przynosi rezultaty! Srebro od zawsze miało rozległe zastosowanie; zarówno w leczeniu chorób skóry, stanów zapalnych, a nawet, co ciekawe, w spowolnieniu procesu kwaśnienia mleka – ale to tylko część jego pozytywnych właściwości. Do tej pory wykorzystuje się je w szpitalach, w akupunkturze czy w terapii ajurwedyjskiej, a teraz my – zwykli ludzie – możemy cieszyć się jego właściwościami. 

 Dr Josef Pies w swojej niewielkiej objętościowo książce przedstawił nam ogólne informacje na temat srebra koloidalnego; opisał jego działanie, odpowiedział na najczęściej zadawane pytania związane z tym specyfikiem, przybliżył jego historię, sposób pozyskiwania, ale również przeznaczył dwa rozdziały na opisanie skutków wykorzystania srebra koloidalnego na zwierzętach oraz roślinach – szczerze powiedziawszy, to właśnie te dwa rozdziały zainteresowały mnie najbardziej. 

 „Srebro koloidalne” może z początku przerażać i zniechęcać, ponieważ jakby nie patrzeć ma dużo wspólnego z chemią, a więc z dziedziną nauki, której część ludzi nie może znieść, do tych osób zaliczam się również ja, więc nie ma co się dziwić, że do lektury podeszłam z jawną niechęcią. Już w pierwszym rozdziale przeraziły mnie tabelki, jednak kilka linijek dalej ujrzałam zabawne obrazki, które pozwoliły mi się zrelaksować, a tym samym zagłębić w lekturze.

 Nie będę rozpisywać się na temat jak to mnie ta pozycja wciągnęła i zainteresowała, bo tak nie było. Owszem, znacząco poszerzyła moją wiedzę na temat, niegdyś tajemnego dla mnie specyfiku, jednak, czego można więcej wymagać od lektury czysto naukowej? 

 „Srebro koloidalne” polecić mogę każdej osobie, która chciałaby lepiej zapoznać się z tym tematem. Jest to idealne przygotowanie przed rozpoczęciem stosowania terapii srebrem koloidalnym. Jednak nie można oczekiwać wielkich cudów, autor w swojej książce wspomina, że nie jest to żaden cudowny środek leczący wszystkie choroby, ponieważ odnotowuje się przypadki, gdzie srebro koloidalne wykazuje brak działań. 
Moja ocena: 3/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!


* Ostatnimi czasy mój kot przebył bardzo poważną operację dróg moczowych i nadal w pełni nie wyzdrowiał. Spróbuję wykorzystać na nim owe srebro, być może pomoże…

12 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

sobota, 12 listopada 2011

Krew na Placu Lalek, Krzysztof Kotowski


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 407
Data premiery: 18.10.2011r.

 Plac Lalek – miejsce, gdzie istnieją kolorowe pałace wypełnione zabawkami. Bawią się nimi dzieci, które prędzej czy później spotykają się ze swoimi rodzicami. Ale czy aby na pewno? Czy takie miejsce istnieje? Jaką kryje tajemnicę i kto postanowi zaryzykować, aby poznać prawdę na jego temat? 

 Maria jest kobietą z dość nieciekawą przeszłością. W momencie, gdy jej córka ucieka, robi wszystko, aby dowiedzieć się, czy jest cała i zdrowa. Niestety, nawet zatrudniony detektyw, a tym bardziej policja nie jest w stanie jej pomóc. Jednak wszystko jeszcze bardziej się komplikuje, gdy budzi się w zrujnowanym dworku bez torebki i jakichkolwiek pieniędzy. Stoi nad nią przerażone dziecko, które prosi o pomoc. Kobieta czuje, że coś jest nie tak i razem z ośmioletnią dziewczynką udaje się na komisariat policji, gdzie dzień wcześniej przyjmowano od niej zeznanie w sprawie zaginięcia córki. Dzisiaj nikt jej nie pamięta; tak samo reagują dotychczasowi znajomi a rodzina zaprzecza jej istnieniu. Kobieta jest załamana, ale razem z Justyną u swego boku stara się poznać prawdę.

 „To nie jest ani logiczne, ani realne. A nie potrafiłam znaleźć sposobu, aby obudzić się z tego… snu? […]”*

 Krzysztof Kotowski za sprawą swej powieści ukazuje czytelnikowi niezbyt różowe życie zwykłego obywatela we współczesnej Polsce. Bałagan na komendzie, niekompetentni funkcjonariusze prawa oraz opis ich "starań" jest zarazem przerażający i szokujący. Na szczęście nie wszyscy ludzie są tacy sami, dlatego dla zachowania równowagi autor przedstawił również postępowanie trzech policjantów, którzy narażają własne bezpieczeństwo, zarówno fizyczne jak i psychiczne, na ogromne niebezpieczeństwo. Z każdym kolejnym tropem zagłębiają się jeszcze bardziej w tę sprawę, co skutkuje powolną, aczkolwiek bardzo zauważalną zmianą w ich zachowaniu.

 Język jest lekki, dzięki czemu powieść czyta się szybko, praktycznie jednym tchem. Przez całą lekturę zastanawiałam się nad rozwiązaniem tej zagadki, jednak nie było to tak proste jak myślałam. Zaprezentowana przez autora historia jest oryginalna i przesycona tajemniczością, i co najlepsze – trzyma czytelnika w niepewności do ostatniej strony. Obecność licznych wulgaryzmów w wypowiedziach poszczególnych postaci nie była dla mnie w żaden sposób drażniąca. Wręcz przeciwnie, każdy człowiek, zwłaszcza w chwilach zdenerwowania, wypowiada się używając niecenzuralnych słów, więc dlaczego nie mieliby również w taki sposób odreagowywać policjanci postawieni w tak nietypowej sytuacji?

 Największą zaletą "Krwi na Placu Lalek" jest możliwość prowadzenia śledztwa równocześnie z warszawskimi policjantami, w których ręce został przekazany dziennik Marii. Poszczególne fragmenty jego kartek umożliwiają poznanie bliżej postaci Marii i Justyny, oraz niezwykle pomagają w złożeniu wszystkich faktów w jedną całość; poznaniu prawdy o zagubionej kobiecie, młodej dziewczynce oraz tajemniczym Włochu, który odgrywa istotną rolę w całej historii. 

 Od momentu, gdy w moje ręce trafiła „Kobieta bez twarzy” z serii „Asy kryminałów”, mój stosunek względem tego typu literatury całkowicie uległ przeobrażeniu. Pozycja pt. „Krew na Placu Lalek” umocniła mnie jedynie w przekonaniu, że polscy pisarze potrafią pisać nie gorzej niż zagraniczni autorzy. Dlatego tę powieść mogę polecić każdej osobie, która chce poznać nieprawdopodobnie interesującą historię lub pragnie przekonać się do polskich kryminałów.     
Moja ocena: 5/6

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Prószyński i S-ka, za co serdecznie dziękuję!

*153

14 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

czwartek, 10 listopada 2011

Zapach spalonych kwiatów, Melissa De la Cruz

Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 298
Data premiery: 20.10.2011r.

 Niesamowita okładka, na której widzimy kobietę oraz jej przyciągające, krwistoczerwone usta – właśnie tak wygląda najnowsza powieść Melissy De la Cruz, autorki serii „Błękitnokrwiści”. Nie będę ukrywać, że byłam z początku trochę sceptyczna i niepewna jakości tej pozycji, bo czy osoba, która stworzyła książki na stosunkowo średnim poziomie, będzie teraz w stanie mnie zadowolić?

 North Hampton jest tajemniczym miasteczkiem, w którym mieszkają trzy niezwyczajne kobiety, posiadające równie niezwykłe tajemnice. Dzięki Melissie De la Cruz, czytelnik ma możliwość poznania losów trzech potężnych czarownic, które zostały skazane na normalne życie, czyli takie, jakie prowadzą zwykli śmiertelnicy. Jednak ich moc jest zbyt potężna i nie da jej się do końca ujarzmić, chociaż nie tylko dlatego, czasami ma miejsce cudowne uzdrowienie, przedmioty ożywają, a bukiety kwiatów samoistnie się spalają. Mimo tego, na każdą „drobną” ingerencję, każda z nich znajdzie jakieś wytłumaczenie, usprawiedliwiające złamanie zakazu - co może wpędzić je w niemałe kłopoty. 

 Przez pierwsze strony akcja jest spokojna i mamy możliwość obserwować zachowanie poszczególnych postaci. Poznajemy ich cechy, zarówno wewnętrzne jak zewnętrzne, dostrzegamy między nimi podobieństwo oraz różnice, aczkolwiek wszystko zaczyna się zmieniać, gdy Joanna – matka dwóch kolejnych bohaterek, znajduje ułożone w formie krzyża martwe ptaki, Ingrid zaczynają nawiedzać koszmary, a Freya cały czas czuje zapach spalonych kwiatów. Nie można tu mówić o zwykłym przypadku…

 „Zapach spalonych kwiatów” jest niesamowicie wciągającą pozycją, przepełnioną magią, tajemnicą oraz intrygą. Z każdą kolejną stroną rosła moja ciekawość oraz oczekiwanie na to, co też wymyśliła dla czytelnika autorka. Język Melissy De la Cruz uległ niesamowitej poprawie. Jest on lekki, w pełni zrozumiały. Przez całą lekturę nie zdarzyło mi się, abym odczuwała znużenie lub zmęczenie, tak jak w przypadku stworzonej przez nią wcześniej serii. Byłam podekscytowana i w pełni rozbudzona.  Opisy były tak sprawnie skonstruowane, że miałam momentami wrażenie, jakbym widziała przedstawione miejsca na własne oczy. 

 Prócz dobrze wykreowanych i barwnych postaci, największą zaletą tej pozycji jest zaskakujące i nieprzewidywalne zakończenie. Dawno nie miałam w swojej ręce tak tajemniczej pozycji. Zazwyczaj w czasie lektury byłam w stanie przewidzieć dalszy rozwój wypadków, ale nie tym razem. Zastanawia mnie natomiast jedna kwestia – czy ukarze się kolejna część? Mam szczerą nadzieję, że tak, chociaż i tak pozostaję pełna obaw. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że nie powtórzy się wcześniejsza historia i – potencjalnie – drugi tom „Zapachu spalonych kwiatów”, utrzyma równie wysoki poziom. 

 Komu więc mogę polecić tę pozycję? Tak naprawdę każdej dojrzałej osobie, która pragnie znaleźć w książce to „coś” i nie ma nic przeciwko kilkugodzinnemu zatraceniu się w lekturze. 
Moja ocena: 6/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak literanova, za co serdecznie dziękuję!

21 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

niedziela, 6 listopada 2011

101 archaniołów, Doreen Virtue

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 176
Data premiery: 22.04.2011r.

 Zawsze warto mieć przy swoim boku przyjaciela, który obdarzy nas miłością, troską oraz wspomoże dobrą radą na każdym etapie życia. Doreen Virtue za pomocą swojej książki przybliża czytelnikowi postać archaniołów i udowadnia, że zdobycie tak potężnego sprzymierzeńca/przyjaciela jest możliwe dla każdego, bez względu na płeć czy ilość posiadanych dóbr. 

 „101 archaniołów” jest małą, aczkolwiek przepięknie wydaną książką, która została w całości poświęcona tym skrzydlatym istotom. Jednak nazwa pozycji nie odpowiada w stu procentach jej wnętrzu, znajdziemy tu jedynie dokładny opis piętnastu wysłanników bożych uznanych przez judeochrześcijańskich teologów, aczkolwiek jest to w pewnym sensie zaleta tej pozycji – z łatwością przychodzi nam, czytelnikom przyswajanie nowych informacji i nie ma tu mowy o obecności jakiegokolwiek chaosu. 

 Tematyka tej książki może niektórych zniechęcać, a zwłaszcza osoby, które praktykują inne wyznanie niż katolickie, jednak już na początku autorka wspomina, że przy pisaniu tej pozycji posłużyła się takimi źródłami jak: tradycyjną Biblią, księgami apokryficznymi, Kabałą, Koranem oraz naukami Kościoła prawosławnego.  Tak więc każda osoba, niezależnie od wiary, będzie w stanie znaleźć tu coś dla siebie.

 Do tej pory, kojarzyłam jedynie trzy imiona archaniołów: Michała, Rafaela oraz Gabriela, ale dzięki tej drobnej książeczce moja wiedza dotycząca niebiańskiej hierarchii oraz tych idealnych istot znacząco się powiększyła. Każdy rozdział został poświęcony innemu wysłannikowi, dlatego czytelnik będzie w stanie dokładnie poznać każdego z opisanych aniołów; jego główną rolę, atrybuty oraz prawdziwe historie pokazujące, że tak niesamowite istoty są obecne w naszym życiu – i właśnie to one najbardziej utkwiły mi w pamięci. 

 „101 archaniołów” jest bardzo kolorową i przyjemną dla oka pozycją, który cieszy nie tylko duszę, ale również i wzrok. Twarda oprawa zapewnia jej dłuższą żywotność. Kartki są śliskie, dlatego czytelnik nie ma problemu z ich przewracaniem, jednak największą, wizualną zaletą tej pozycji są przepięknie ozdobione strony oraz rozdziały, w których znajdziemy przykładowe modlitwy przypisane konkretnym archaniołom. Na koniec magicznej wycieczki poznawczej czeka na czytelnika kilku stronicowy dodatek w postaci skróconych i podanych "na tacy" specjalności archaniołów, kolorów ich aur oraz spis kamieni szlachetnych i znaków zodiaków, związanych z poszczególnymi przedstawicielami anielskiej rasy.

 Jedyną wadą tej pozycji jest cena, która jednak wynika z wizualnej oprawy, mimo wszystko mogę polecić ją z czystym sumieniem każdemu, kto chciałby lepiej poznać te boskie istoty lub pragnąłby nawiązać z nimi kontakt. Nie jest to tak trudne jak mogłoby się wydawać, wystarczy tylko chcieć. 
Moja ocena: 5/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

7 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

wtorek, 1 listopada 2011

29 darów, które odmienią Twoje życie, Cami Walker

 Wydawnictwo: Studio Astropsychologii
Liczba stron: 245
Data premiery:19.10.2010r.

 W obecnych czasach ludzie coraz częściej chorują, a jak wiadomo - choroba jest jedną z najgorszych rzeczy, jaka może przydarzyć się komukolwiek z nas, Każdy pragnie być w pełni zdrowy oraz sprawny i tego samego życzy swojemu potomstwu. Jednak czasami za pomocą próśb i modlitw nie jesteśmy w stanie ofiarować sobie lub komuś zdrowia. Na własnej skórze, przekonała się o tym Cami Walker – autorka, a zarazem główna bohaterka książki pt. „29 darów, które odmienią Twoje życie”.

 Ze zdrowej i szczęśliwej mężatki, stała się słabą i cierpiącą na stwardnienie rozsiane kobietą, której samopoczucie oraz chęć do życia z każdym kolejnym dniem dramatycznie malało. Jej wahania nastrojów męczyły nie tylko męża, ale również jej rodzinę i bliskich znajomych.  Pewnego dnia słyszy od swojej przyjaciółki, a zarazem przewodnika duchowego o 29 darach, które mają pomóc jej w zmianie swojego życia, jednak czy ofiarowywanie innym darów, jest w stanie uszczęśliwić schorowanego i zdesperowanego człowieka?  

 „29 darów, które odmienią Twoje życie” jest pamiętnikiem Cami Walker, który pełni również rolę poradnika dla wszystkich osób, które chcą zmienić swoje życie. Przez te dwieście parę stron, czytelnik poznaje 29 dni z życia chorej na SM osoby, obserwuje jej wzloty i upadki, poznaje stan psychiczny, który cały czas ulega zmianie. Dzięki takim czynnikom, automatycznie związujemy się w pewien sposób z autorką, a tym samym odczuwamy zarówno żal, jak i współczucie pomieszane z radością, ulgą czy rodzącą się w nas motywacją do działania. 

 Poznając bliżej historię tej kobiety, nie można wyjść z podziwu. Dowiedzenie się o cierpieniu na nieuleczalną chorobę musi ogromnym być szokiem zwłaszcza, gdy słyszy się tego typu diagnozę kilka tygodni po wzięciu ślubu z „tym jedynym”. Świadomość, że ukochany prawdopodobnie zostawiłby Cię, gdyby odkryto tą przypadłość wcześniej, również nie jest pokrzepiająca i może sprawiać jedynie ból, jednak Cami Walker nie poddała się chorobie i złym myślom. Co prawda, często odczuwała własną bezsilność, popadała w depresję czy histerię, jednak koniec końców, postanowiła walczyć o cząstkę siebie, ofiarować ludziom 29 darów i otworzyć się na przyjmowanie miłości oraz dobra od innych ludzi. 

 Ogromną zaletą tej pozycji jest fakt, że autorka w żaden sposób nie próbuje zmusić czytelnika do zmiany religii czy swoich przekonań. Za pomocą opisu własnych przeżyć przedstawia zalety stosowania metody 29 darów, aczkolwiek nie naciska na odbiorcę, dzięki czemu w czasie poznawania jej historii mamy prawo do własnej interpretacji i samodzielnego podjęcia decyzji o naszym życiu. 

 Muszę przyznać, że dopiero dzięki tej lekturze byłam w stanie docenić wszystko to, co mam i zmienić swoje stanowisko w niektórych kwestiach. Obserwując stopniową zmianę autorki, postanowiłam wziąć z niej przykład i każdego dnia obdarowywać kogoś drobnym darem. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak zachęcić każdą osobę do sięgnięcia po tę pozycję i przyłączenia się do tej „akcji”. Oprócz doskonałego przewodnika, a zarazem poradnika „29 darów…”, wydaje się być również idealnym pomysłem na prezent dla osoby szczególnie bliskiej naszemu sercu, której przyda się zapoznanie z tak optymistyczną i pokrzepiającą pozycją.
Moja ocena: 5+/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Studio Astropsychologii, za co serdecznie dziękuję!

9 komentarzy:

Każdy komentarz jest tu mile widziany. Podziel się ze mną i innymi czytelnikami swoimi przemyśleniami, opiniami czy nawet krytyką.

Blogger Template by Clairvo