Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poświęcenie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 września 2014

Angelfall, Susan Ee

Zagłada ludzkości w wyniku uderzenia asteroidy, ataku kosmitów? A może zwrócenie się maszyn przeciwko swym stwórcom? Nic z tych rzeczy. W wizji stworzonej przez Susan Ee za śmierć ludzi odpowiadają ci, którym powierzana była część modlitw, których zadaniem było chronić dzieci boże od złego. Uskrzydlone istoty pojawiły się na niebie i zaczęły siać śmierć i zniszczenie, zmuszając ocalałych do zapomnienia o wcześniejszym życiu. Prawo przestało istnieć, pieniądze straciły jakąkolwiek wartość, a niebezpieczne gangi zaczęły polować dla własnej uciechy na ocalałych pobratymców. Tak, witajcie w świecie, w którym spotkanie z aniołem może stać się waszą przepustką do śmierci. Od tej reguły wyjątkiem stała się jednak siedemnastoletnia Penryn, dla której jedyną szansą na uratowanie porwanej siostry jest połączenie sił ze śmiertelnym wrogiem – aniołem pozbawionym skrzydeł. 

Kiedy rozpoczynałam lekturę „Angelfall” nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Podejrzewałam, że będzie to kolejny romans paranormalny, skierowany przede wszystkim dla nastolatek, z motywem postapokaliptycznym w tle. Właśnie z powodu obecności tego drugiego elementu sięgnęłam po tę powieść i przez całą lekturę nie miałam nawet czasu na odetchnięcie z ulgą. Twór Susan Ee wciąga bowiem czytelnika od pierwszej strony, zmuszając go do kontynuowania lektury i przyglądania się staraniom głównej postaci z bliska. Jest to nie tylko zasługą prostego i lekkiego języka, ale także ciekawej historii, połączonej z dobrą kreacją świata przedstawionego.

Wizja świata po ataku aniołów została na tyle wyraziście przedstawiona, że odbiorca bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie zniszczone budynki, leżące zwłoki i szczątki dobytku zmarłych ludzi. Kłopotu nie powinno mu także sprawić poczucie atmosfery strachu i niebezpieczeństwa. Za sprawą Penryn ma okazję zapoznać się ze stworzoną rzeczywistością, zobaczyć do czego są zdolni ludzie, aby przeżyć. Niewątpliwym, jeśli nie największym, plusem "Angelfall" jest postać głównej bohaterki, która tak różni się od większości wykreowanych za sprawą pióra osób. W przeciwieństwie do nich, ma charakterek, ikrę i duże pokłady odwagi, przez co nie da się jej nie lubić. Penryn nie jest bowiem bezbronną kobietą, z miejsca wzdychającą do przystojnego anioła - to też sprawia, że ta historia nie jest tak banalna, jak mogłaby się z początku wydawać.

W książce można wyróżnić kilka wartych większej uwagi postaci, które swoją nietypowością zwracają uwagę odbiorcy, jednak znajdziemy też sporo takich, którzy robią jedynie za tło historii. Pisarce udało się stworzyć coś innego, na tyle innowacyjnego, że przyciąga do siebie czytelnika na dłuższy czas. Zasługa leży przede wszystkim w nakreślonej przez nią wizji rzeczywistości, a kreacja aniołów, tak odbiegająca od dobrze znanego nam obrazu tych istot, dodaje lekturze tego czegoś. Skrzydlaci posłańcy nie emanują dobrem i miłością do ludzi, są bezlitośni, a ich wrodzona siła robi z nich przeciwników nie do pokonania. Mimo tego, część ocalonych stara się za wszelką cenę odzyskać to, co utracili. 

 Jak łatwo się domyślić, „Angelfall” nie jest lekturą wysokich lotów, oprócz sporej dozy rozrywki i mile spędzonego czasu, nie będzie w stanie zapewnić odbiorcy niczego więcej. Powieść napisana przez Susan Ee jest jednak jedną z najlepszych lekkich pozycji, jakie miałam okazję czytać ostatnimi czasy. Zaliczyć ją można do gatunku fantastyki postapokaliptycznej, ale zawiera w sobie elementy thrilleru i subtelnego romansu paranormalnego, który jednak nie razi czytelnika. Ten tytuł nazywany jest także dystopią, ale jak dla mnie, nie zawiera w sobie bazowych elementów, które powinny o tym świadczyć. Czy więc polecam? Jak najbardziej. Na łamach jej stron znajdziecie wartką akcję, przemyślaną i dość nieprzewidywalną fabułę oraz interesujących bohaterów, a czas poświęcony na lekturze „Angelfall” z pewnością nie będzie nazwany straconym.
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 303
Data premiery: 18.04.2013r.
Ocena: 5/6
Dalsza część recenzji

wtorek, 2 września 2014

Malowany człowiek I, Peter V. Brett

Witajcie w świecie, gdzie w ciągu dnia swe rządy pełnią ludzie, aby po zmroku skryć się za runicznymi barierami i ustąpić miejsca bezlitosnym demonom, łaknącym ich krwi. Życie każdego, mieszkańców pomniejszych osad, czy nawet Wolnych Miast, nie należy do najłatwiejszych, jest bowiem przepełnione lękiem przed nieustępliwymi potworami. Sen ludzi od dawien dawna nie był spokojny, nocą zamiast ciszy rozchodzi się ryk demonów, dźwięk stawiającym opór barierom albo płacz i krzyki przerażonych ludzi. Arlen nie zamierza się jednak poddać otaczającej go rzeczywistości, a przede wszystkim strachowi, który  odebrał mu  to, co było mu najdroższe. Leesha także nie ma zamiaru zmieniać swojego postanowienia, nie daje się ugiąć, mając przy swoim boku starą Zielarkę. Podobnie Rojer, który stracił wszystko, co mógł, ale mimo tego, znalazł w sobie siłę do walki z każdym kolejnym dniem. Tak wygląda rzeczywistość, świat podzielony na dwie, tak różne części – jasną i ciemną, gdzie śmierć jest najmniej przerażającą rzeczą, której można doświadczyć. 

Wykreowany przez Petera Brett’a świat okazał się być na tyle interesujący, a przede wszystkim tak niezwykle wyrazisty, że porwał mnie od pierwszej strony. Wszystko, zamieszczonego na kartach „Malowanego człowieka”, zdawało się być żywe, wręcz namacalne - zarówno opisane miejsca, każdy kamień, krzak, jak i każda pojawiająca się w powieści postać. Nic więc dziwnego, że lektura dzieła tego amerykańskiego pisarza wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Po raz pierwszy od bardzo dawna byłam na tyle pochłonięta czytaniem, tak podekscytowana prowadzoną akcją, że zdołałam zapomnieć o wszystkich problemach i smutkach, które odciągały mnie od zwyczajowych przyjemności.

 „Malowany człowiek” nie bez kozery został ogłoszony jedną z najlepszych książek z gatunku fantastyki. Ma w sobie wszystko to, co dobry twór powinien mieć – ciekawą konstrukcję świata przedstawionego, wartką akcję i zapadających w pamięć bohaterów, do których ciężko się nie przywiązać. Wykreowany świat mamy możliwość poznać za sprawą trzech bohaterów, znajdują się oni w różnych miejscach i trudnią się różnymi zajęciami. Początkowo byłam zirytowana, kiedy rozdziały dotyczące Arlena zastąpiły strony, opisujące historię Leesh i odwrotnie, ale ten niejako przeplatający się sposób prowadzenia akcji prawie od razu przestał mi przeszkadzać. Trochę inaczej się miała sprawa najmłodszego z naszej trójki postaci, Rojera, ponieważ jego perypetie nie były już tak ciekawa jak poprzednie. Na szczęście autor nie poświęcił uczniowi Minstrela zbyt dużo uwagi.

Peter V. Brett przelał na karty papieru ciekawą wizję świata, z którą czytelnik zapoznaje się z każdą kolejną przeczytaną stroną. Aby mógł on lepiej zrozumieć rzeczywistość, w której przyszło żyć trójce głównych bohaterów, w licznych opisach czy wypowiedziach innych postaci nie zabraknie wzmianek o polityce, prawach, zajęciach i sposobie życia mieszkańców. Odbiorca jest bowiem w „Malowanym człowieku” obserwatorem, który ma okazję śledzić tę historię niejako zza pleców Arlena, Leeshy czy też Rojera. Z tego też powodu, czytelnik nierzadko dowiadywał się szczegółów, dotyczących funkcjonowania w przedstawionym świecie, na równi z przewodnimi postaciami. Wszystko to za sprawą starszych i bardziej obeznanych mieszkańców. Dlatego też przywiązanie się do tej trójki było jak najbardziej możliwe, nie byli oni obojętni dla odbiorcy, a wręcz przeciwnie - wzbudzali silne emocje.

„Malowany człowiek” okazał się być lekturą godną przeczytania. Dawno nie zostałam wręcz przyssana do stron żadnej czytanej przeze mnie ostatnio książki. Dodatkowym atutem tej powieści są niezwykłe rysunki, pozwalające odbiorcy wyobrazić sobie na przykład wygląd demona czy poszczególnej postaci - stanowią one ciekawą formę urozmaicenia lektury, uprzyjemnienia czytania. Z tego powodu, polecam ją wszystkim, a zwłaszcza miłośnikom dobrej fantastyki. Na tym dziele na pewno się nie zawiedziecie. 
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 500
Data premiery: 29.11.2008r.

Ocena: 6/6
Dalsza część recenzji

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dawca, Lois Lowry

 Jonasz żyje w miejscu, gdzie nie istnieją podziały, rasizm, czy niesprawiedliwość, gdzie każdy żyje w takich samych warunkach jak reszta, a możliwość wyboru jest czymś nieprawdopodobnym. Życie każdego mieszkańca osiedla jest dokładnie zaplanowane, przejawem tego są chociażby coroczne ceremonie, w których udział biorą dzieci. Przełomową chwilą jest przede wszystkim uroczystość dwunastolatków, ponieważ właśnie wtedy dowiadują się oni, jakim torem przebiegać będzie ich dalsze życie w społeczności. Wszyscy zebrani dwunastolatkowie zostali przydzieleni do pełnienia poszczególnej funkcji na osiedlu i spośród nich wszystkich, to właśnie Jonasza obarczono niezwykle ciężkim brzemieniem odpowiedzialności odbiorcy pamięci. W trakcie swojego szkolenia zaczyna rozumieć coraz więcej, a co za tym idzie - dostrzegać wady pozornie idealnego systemu. 

 „Dawca” jest powieścią utopijną, subtelnie przeradzającą się w antyutopię, gdzie świat przedstawiony przypominał mi w kilku aspektach platońską wizję państwa. Mam tu na myśli chociażby fakt, iż każdy mieszkaniec miał pełnić daną funkcję za sprawą dokładnie określonych obowiązków, albo to, że osiedle gwarantowało wszystkim życie w poczuciu bezpieczeństwa, szczęścia i harmonii. Zasady i prawa, których przestrzegają mieszkańcy, panujący ład i porządek – właśnie z tym wszystkim stopniowo zapoznany zostaje czytelnik. Śledząc szkolenie Jonasza, wspólnie z nim poznaje wady systemu oraz szczegóły dotyczące składających się na niego elementów.

„Uzyskaliśmy kontrolę nad wieloma rzeczami. Ale niektóre musieliśmy utracić.”*

 Wykreowany przez autorkę świat wydawał się być mdły i nieciekawy, tak samo jak pojawiający się w „Dawcy” bohaterowie. Jak się z czasem okazało, nie był to efekt niezamierzony. Lois Lowry z premedytacją wprowadziła czytelnika do miejsca, gdzie w przeszłości postawiono na jednakowość, dlatego wszystko w nim wydawało się być tak samo mało interesujące. Starszyzna zrezygnowała z możliwości dokonywania wyborów, czy natykania się na trudności dnia codziennego - ludzkość wolała pójście na łatwiznę. Za sprawą szkolenia Jonasza, czytelnik ma możliwość zapoznania się z listą rzeczy, które zostały na zawsze usunięte z życia mieszkańców osiedla. Ich przedstawienie nie jest jednoznacznie potępione, ukazane zostały bowiem zarówno plusy, jak i minusy wprowadzonych zmian, dając odbiorcy z początku możliwość na samodzielne ich ocenienie.

 Akcja „Dawcy” była przez większą część lektury spokojna i mało zajmująca. Czytelnik miał okazję na dokładne zapoznanie się ze światem przedstawionym, rządzącymi prawami i sposobem funkcjonowania osiedla. Autorka nie skupiła się natomiast prawie w ogóle na zapoznaniu odbiorcy z bohaterami, dlatego wszystkie postacie wydawały się być jednym wielkim tłem. Owszem, na drodze Jonasza pojawiały się inne osoby, jednak nie pozostawały one w pamięci czytelnika na długo. Podobnie było w przypadku postaci nowego odborcy, wydaje się, że jego kreacja posłużyła pisarce jedynie do zapoznania nas z wykreowaną przez nią wizją i konsekwencjami dokonanych wyborów.

„- [...]Rzeczywiście, ludzi trzeba chronić przed niewłaściwymi wyborami.
-Tak jest bezpieczniej.
- Tak - zgodził się Jonasz. - Znacznie bezpieczniej."**

 „Dawca” jest z pewnością lekturą wartą polecenia, może nie tyle ze względu na jej techniczną stronę, to jest chociażby użyty język czy tempo akcji powieści, co z powodu niebanalnej wizji (nie)idealnego świata. Książka napisana przez Lois Lowry zmusza bowiem do refleksji. Życie składa się nie tylko z tych szczęśliwych momentów, w gruncie rzeczy, najczęściej wypełniają je trudności oraz problemy, mimo tego, czy bylibyśmy w stanie zrezygnować z indywidualności, możliwości wyboru, na rzecz z góry ułożonego i bezpiecznego życia? Jeśli chcielibyście chociaż przez chwilę znaleźć się w takim poukładanym miejscu, sięgnijcie po „Dawcę” i wraz z Jonaszem zwiedźcie wszystkie zakamarki osiedla. 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 206
Data premiery: 19.11.2003r.
Ocena: 4,5/6
*str. 113
**str.117
Dalsza część recenzji

sobota, 2 listopada 2013

Siła trucizny, Maria V. Snyder

 Yelena spędziła ostatnie miesiące w lochach, czekając na swoją egzekucję. Za zabicie człowieka grozi bowiem w Iksji jedyna, a zarazem najwyższa kara – śmierć. Nie jest istotne, że zamordowanie syna jej opiekuna Brazella wynikało z samoobrony. Pewna zbliżającego się końca cierpienia ze spokojem i obojętnością znosiła kolejne baty oraz kopniaki, nie była jednak przygotowana na propozycję, którą otrzymała. W zamian za darowanie jej życia miała pełnić funkcję testerki żywności komendanta aż do czasu, gdy jedna z próbowanych potraw nie okaże się dla niej zabójcza. Yelena uczy się pod okiem Valek’a rozpoznawać poszczególne trucizny, jednak ryzyko otrucia nie jest tak duże jak w przypadku śmierci z rąk jednego z ludzi jej byłego opiekuna, a ojca zamordowanego Reyada, który za jej głowę wyznaczył sporą nagrodę. Każdy kolejny dzień jest więc dla niej jedną wielką niewiadomą, a fakt, że Yelena posiada w sobie również zdolności magiczne sprawia, że grozi jej jeszcze większe niebezpieczeństwo. W Iksji na magów czeka bowiem jedynie śmierć. 

 Język wykorzystany przez Marię V. Snyder jest prosty, dlatego książkę czyta się bardzo szybko. Wpływ na to tempo ma nie tylko pióro autorki, ale także wciągająca historia, na którą składa się spora liczba opisów walk i prób uniknięcia śmierci przez główną bohaterkę – Yelenę. Dobra kreacja pojawiających się w powieści postaci sprawia, że każdy czytelnik bez trudu jest w stanie śledzić akcję oraz ich losy. Są oni na też tyle wyraziści, że poszczególne osoby nie stają się dla odbiorcy obojętne, zwłaszcza Yelena oraz doradca komendanta, a zarazem główny skrytobójca – Valek. Perypetie tej dwójki oraz tworząca się pomiędzy nimi więź zachęcają do kontynuowania lektury i jeszcze szybszego przesuwania wzrokiem po zapisanych stronicach powieści.

 „Siła trucizny” jest początkowo jedną niewiadomą, ponieważ historia losów głównej bohaterki nie jest od razu czytelnikowi znana. Strzępy wspomnień, powód oskarżenia, a także okrutny sposób postępowania wobec uwięzionej Yeleny, dają nam informacje na temat trudności i okropieństw, jakich musiała doświadczyć przed schwytaniem. Z każdym kolejnym rozdziałem jej historia zaczyna nabierać logicznego i spójnego kształtu, który sprawia, że odczuwa się w stosunku do niej jeszcze większą sympatię, a wszystko to z powodu rodzącego się współczucia.

  Autorka w rzeczywisty sposób opisała perypetie Yeleny, która od początku pobytu na dworze musi radzić sobie z różnego rodzaju problemami, a przede wszystkim z nienawiścią pałającą do niej ze strony części służby. Największym mankamentem powieści jest, w mojej opinii, brak opisów dotyczących kreacji świata, rzeczywistości, w której przyszło żyć głównej postaci. Na temat praw, rządzących krajem Iksji, nie wiemy za wiele, ponieważ pisarka ograniczyła się do przedstawienia dwóch głównych zasad. Opis związany z historią ziem też jest stosunkowo ubogi, co dość poważnie utrudnia zbudowanie jego całkowitego obrazu.


 „Siła trucizny” wprowadza czytelnika do zupełnie innego świata, w którym nie brakuje intryg, ryzyka i niebezpieczeństwa. To wszystko osnute jest magicznym klimatem, zapewniającym kilka godzin dobrej i całkowicie pochłaniającej rozrywki. Przyśpieszająca, co jakiś czas, akcja nie pozwala uwolnić się spod wpływu lektury, zachęcając odbiorcę do dalszego czytania. W tym celu pisarka zamieściła w „Sile trucizny” różnego rodzaju urozmaicenia, od zwrotów akcji, opisów walki, po subtelnie wprowadzany i rozwijany wątek miłosny, pełniący jedynie rolę dodatku do właściwej części historii. Powieść napisana przez Marię V. Snyder jest niezobowiązującą lekturą w sam raz na chłodne wieczory, ponieważ zapoznanie się z interesującymi losami Yeleny jest jedynie kwestią czasu. 
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Mira
Liczba stron: 380
Data premiery: 23.02.2012r.
Dalsza część recenzji

wtorek, 15 października 2013

Dziedzictwo, C.J. Daugherty

 Allie w dalszym ciągu trudno jest uwierzyć, że jej brat podpalił Akademię Cimerii, narażając życie jej i pozostałych uczniów na niebezpieczeństwo. Z wieloma obawami powróciła więc do murów szkoły, w której kształciła się przez ostatni rok. Jej życie nie tylko uległo ogromnym zmianom, ale w dalszym ciągu się zmienia. Allie została od tego roku szkolnego przypisana do Nocnej Szkoły, w której będzie uczyć się, w jaki sposób walczyć i się bronić, a także odróżniać przyjaciół od wrogów. Nad główną bohaterką wisi bowiem ogromne niebezpieczeństwo, które jest związane z jej pokrewieństwem z Lucindą – wpływową kobietą, mającą niemałe znaczenie na arenie międzynarodowej. Główna bohaterka będzie musiała nie tylko wiele się nauczyć, aby udowodnić swoją wartość, będzie też zmuszona zdecydować, komu tak naprawdę zaufa. 

 Drugi tom napisany przez C.J. Daugherty wciąga czytelnika od pierwszej strony, a wszystko za sprawą szybkiej i wartkiej akcji, która została wykorzystana przez pisarkę już na samym początku lektury. Pomiędzy premierą pierwszej a drugiej części serii, opowiadającej o losach zbuntowanej Allie, minęło kilka miesięcy, jednak odbiorca nie ma najmniejszych problemów z powtórnym wdrożeniem się w przedstawioną historię. Ogromną zaletą pióra autorki jest również to, że nie zamęczała ona czytelnika licznymi opisami, mającymi na celu przypomnienie poszczególnych wątków opisanych w poprzedniej części pt. „Wybrani”. Wszystko zostało dodane w subtelny sposób, który nie drażnił i nie męczył.

 Pojawiające się na łamach stron powieści postacie są już dobrze znane czytelnikowi, który za sprawą tej części poznaje dwóch kolejnych bohaterów, w tym ojca Rachel, odpowiedzialnego za ochronę akademii. Podobnie, jak to miało miejsce w „Wybranych”, ich kreacje są dobre, ponieważ wyraziste i bardzo zróżnicowane. Każdy wnosi do lektury coś innego, jednak to Allie i dwójka zakochanych w niej chłopaków wiodą w tej kwestii prym. Główna bohaterka była w pierwszym tomie przykładem przeciwności, z jednej strony zbuntowana i problemowa, a z drugiej zraniona i szukająca otuchy nastolatka. W „Dziedzictwie” nie mamy już do czynienia z dziewczyną o dwóch osobowościach, jej postać wyostrzyła się, a przede wszystkim – unormowała, zmierzając w jednym, konkretnym kierunku.

 W „Dziedzictwie” nie zabraknie wątku miłosnego, rozpoczętego w pierwszym tomie serii. Autorka nie zrobiła z niego (na szczęście) przewodniego motywu, przez który książka mogłaby przybrać postać młodzieżowego harlequina. Związek między Allie a Carterem zaczyna zmierzać w dobrym kierunku, jednak obecność Sylvain’a wszystko komplikuje, tworząc pomiędzy główną bohaterką a jej chłopakiem spore napięcia. Przedstawione perypetie miłosne nie zachwycają odbiorcy, przywodzą bardziej na myśl trochę wydumane problemy nastolatek, ale nie zmienia to faktu, że obecność tego wątku niesamowicie urozmaica lekturę powieści.


  Książka napisana przez C.J. Daugherty okazała się być dobrą kontynuacją serii, która zdobyła już tysiące fanów na całym świecie. „Dziedzictwo” nie straciło w sobie uroku, obecnego w pierwszym tomie, chociaż jego lektura jest trochę inna, bo dojrzalsza. Allie nie jest już tą samą zagubioną uczennicą, stała się twardsza i rozważniejsza. Drugą część mogę polecić więc z czystym sumieniem wszystkim fanom serii, ponieważ stanowi ona kilkugodzinną odskocznię od rzeczywistości, zapewniającą rozrywkę i odprężenie.
Ocena: 5/6
Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 394
Data premiery: 26.09.2013r.
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Otwarte, za co serdecznie dziękuję!
.
Dalsza część recenzji

piątek, 20 września 2013

Ocalić Julię, Suzanne Selfors

Mimi Wallingford nie ma łatwego życia, ponieważ jako prawnuczka sławnej aktorki, a zarazem założycielki teatru, musi być zawsze najlepsza. Od dziecka uczyła się tekstów ról na pamięć, ćwiczyła i dawała z siebie wszystko, aby zachwycić publiczność oraz zadowolić swoją matkę. Sztuka Szekspira, w której przypadła jej rola tytułowej postaci, okazuje się być jednak ponad jej siły. Mimi nie potrafi poradzić sobie z tremą i jeden dość nieprzyjemny incydent, naraża ją na pośmiewisko. Na domiar złego, rolę Romea otrzymał zadufany w sobie idol nastolatek, a jej mama nie potrafi zrozumieć, że Mimi ma inne marzenia, niezwiązane z teatrem. W dniu przedstawienia, za sprawą tajemniczego wisiorka i zamkniętego w nim pyłu, młoda aktorka wraz z Troyem przenosi się do szekspirowskiej Werony, gdzie historia Romea i Julii zaczyna rozgrywać się na ich oczach. 


„Ocalić Julię” jest powieścią skierowaną przede wszystkim do młodzieży, która lubi lekkie i całkowicie niezobowiązujące pozycje. Suzanne Selfors do przedstawienia tej historii wykorzystała prosty, współczesny język, a zawarty na łamach stron humor ułatwia czytelnikowi szybsze czytanie. To przede wszystkim pióro autorki jest główną zaletą tego tytułu, ponieważ potrafiła ona w dobry sposób oddać urok Werony, zapewniając odbiorcy sporą dawkę rozrywki. Nawet dość statyczną akcję trudno uznać za wadę, ponieważ taki sposób jej prowadzenia zdaje się stanowić spójną całość wraz z innymi elementami składającymi się na tę książkę.

Pisarka zainspirowała się twórczością Szekspira, a właściwie jedną jego sztuką, opisującą tragiczną miłość dwojga młodych osób – Romea i Julii. Tworząc fabułę swojej powieści, zaczęła zmieniać oryginalny twór, bawiła się akcją i wykorzystała przewodni motyw, wysyłając swoją główną bohaterkę do Werony. Na czytelnika czeka więc zupełnie inna historia, chociaż wciąż oparta na podobnych schematach. Przewodnią postacią w tej książce jest Mimi, dlatego bohaterka szekspirowskiej sztuki zeszła na drugi plan. Jej kreacja różni się od tej dobrze nam znanej, a fakt, iż wszyscy mieszkańcy Werony posługują się współczesnym językiem oraz robią dość zabawne rzeczy, pełni rolę ciekawego urozmaicenia.

Najbardziej wyrazistą postacią z całej lektury jest Mimi. Targane nią emocje i wątpliwości zostały w bardzo dobry sposób przedstawione przez autorkę. Czytelnik może poczuć jej rozgoryczenie oraz zawód związany z planami niszczonymi przez jej matkę. Z miejsca zapała też do niej sympatią, ponieważ jej zabawne perypetie zapewnią mu rozrywkę na kilka godzin. Inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych bohaterów pojawiających się na łamach powieści. Nie są oni tak dopracowani i wyraziści, dlatego odbiorca ma wrażenie, że pojawili się dla samej zasady i pełnią funkcję tła dla opisania losów młodej aktorki.

„Ocalić Julię” jest dobrym, choć całkowicie przewidywalnym tworem przenoszącym czytelnika do magicznej Werony, ukazanej w inny niż dotychczas sposób. Zawarty w książce humor bawi i rozśmiesza odbiorcę, dlatego pozostawiający wiele do życzenia wątek miłosny pomiędzy Mili a Troyem nie stanowi dla niego aż tak dużej przeszkody. Do sięgnięcia po ten tytuł mogę więc zachęcić przede wszystkim osoby, które nie mają nic przeciwko wolnym akcjom i chciałyby poświęcić swój wolny czas na lekką i niezobowiązującą lekturę.
Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 274
Data premiery: 20.04.2013r.
Ocena: 4/6
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Akapit Press, za pośrednictwem portalu juventum.pl, za co serdecznie dziękuję!
Dalsza część recenzji

środa, 1 maja 2013

Podzieleni, Neal Shusterman

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 445
Data premiery: 30.10.2012r.

 Aborcja ma zarówno swoich zwolenników, jak i przeciwników; jedni uważają ją za największe zło, kiedy inni za smutną konieczność. W tej kwestii trudno o kompromis, jednak Neal Shusterman wykreował wizję świata, w której pojawiła się i weszła w życie trzecia możliwość – aborcja wsteczna. Polega ona na tym, że rodzice lub prawni opiekunowie mają prawo decydować o losie dziecka, a właściwie jego ciele, pomiędzy trzynastym a osiemnastym rokiem jego życia. Podjętej decyzji nie można już cofnąć, dlatego podzielenie ma nieodwracalny skutek, a takim dzieciom pozostaje tylko jedno – ucieczka, a przynajmniej jej próba.
Czytaj dalej
Blogger Template by Clairvo