wtorek, 11 listopada 2014

Obłęd serca, Chelsea Cain

Od jakiegoś czasu w mieście giną młode dziewczyny w podobnym wieku. Śledztwem zajmuje się Archie Sherdan, przełożony zespołu śledczego, który po niespełna dwoch latach przerwy wrócił do pracy w policji. Mogłoby się wydawać, że nie różni go nic szczególnego od pozostałych funkcjonariuszy prawa, a jednak on jako jedyny zdołał schwytać seryjną morderczynę, która przez 10 lat zabijała przypadkowe ofiary. Gretchen, wykazując niezwykle wysoki poziom inteligencji oraz typową dla psychopatów umiejętność zjednywania sobie ludzi, porwała policjanta i przez dziewięć kolejnych dni powoli go uśmiercała, urozmaicając mu czas wymyślnymi torturami. Z tajemnicznych jednak powodów nie pozwoliła Archiemu umrzeć, zadzwoniła po karetkę, tracąc przy tym wolność. Teraz w mieście ponownie pojawia się seryjny morderca, a policja ma coraz mniej czasu, gdyż życie kolejnej uczennicy wisi na włosku. Archie rozpoczyna dochodzenie, mając u swego boku ekscentryczną dziennikarkę Susan, której zadaniem jest napisanie serii odpowiednich artykułów. 

Ostatnimi czasy bardzo wzięło mnie na seryjnych morderców, szczególnie na nadwyraz inteligentnych psychopatów lub socjopatów, którzy z łatwością potrafią manipulować, omamiać i z zadziwiającą precyzją zabijać innych ludzi. Taką właśnie osobą okazała się być pozbawiona skrupułów Gretchen Lowell, która według opinii publicznej po raz pierwszy okazała łaskę swojej ofierze. „Obłęd serca” autorstwa Chelsea Cain rozpoczyna się sceną z porwania Sherdana i pierwszymi jego chwilami w zamknięciu z seryjną morderczynią. Kiedy już autorce udało się wzbudzić w czytelniku zainteresowanie, a za sprawą odpowiednich opisów przyprawić go o dreszcze bólu, przeszła do przedstawienia przewodnich wydarzeń powieści, związanych ze sprawą porwań i morderstw młodych dziewczyn.

Opisana historia składa się z przeplatających się ze sobą rozdziałów, odpowiednio napisanych z punktu widzenia policjanta oraz różowowłosej dziennikarki. Dzięki temu odbiorca ma możliwość lepiej poznać te dwie przewodnie postacie, zrozumieć powody, dla których postępują one w taki, a nie inny sposób. Co jakiś czas pisarka decydowała się na uchylenie rąbka tajemnicy i zapoznawała czytelnika z wydarzeniami, które miały miejsce dwa lata temu. Ciekawość czytelnika była stopniowo rozbudzana przez pisarkę, dlatego aby poznać piekło przez jakie przeszedł Archie, jego destrukcyjny związek z psychopatką, należy zapoznać się tak na prawdę z całą książką. Pisarka na tyle sprawnie przeprowadziła akcję powieści, że czytelnik w gruncie rzeczy czyta dwie zgrane ze sobą historie, jednak cały magnetyzm tytułu tkwi właśnie w zarysowanej relacji między ofiarą a bezlitosnym katem.
"Zabiła go. Zamordowała mojego męża. [...] - spojrzała znacząco na Susan. - I wiem, kim stał się Archie po powrocie."*
Wykorzystany przez Chalsea Cain język jest lekki i prosty, a stopniowo rozkręcająca się akcja, urozmacona kolejnymi wątkami pobocznymi, zachęca czytelnika do kontynuowania lektury. W powieści każdy element: od kreacji postaci po zarysowanie świata przedstawionego idealnie ze sobą współgra, jest na tyle dopracowany, iż zapoznanie tej historii jest kwestią mile spędzonego czasu. Na największą uwagę zasługuje, jak łatwo się domyślić, osoba seryjnej morderczyni, która nie tylko fascynuje pozostałe postace, ale też czytelnika. Ma ona w sobie coś takiego, że mimo, iż jest czarnym charakterem, że odborca ma możliwość zapoznać się z jej metodą działania, to jednak nie ma względem niej negatywnych uczuć.

„Obłęd serca” to bardzo dobra powieść, która pochłonie czytelnika na kilka godzin. Umożliwia ona zapoznawanie się z historią w towarzystwie zrujnowanego psychicznie policjanta oraz dziennikarki, która skrywa własne demony przeszłości. Ich poczynania nie są tak łatwe do przewidzenia, jak mogłoby się wydawać, dlatego akcja powieści może kilkakrotnie zaskoczyć. Komu więc polecam powieść tej amerykańskiej pisarki? Przede wszystkim wszystkim fanom kryminałów z intrygującą kreacją psychopaty w tle.   
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 342
Data premiery: 20. 03. 2008r.
Ocena: 5/6
* 134str.
Dalsza część recenzji

sobota, 25 października 2014

Pustynna Włócznia I i II, Peter V. Brett

Krasja jest krajem sławnym przede wszystkim ze względu na swoich walecznych mieszkańców, którzy jako jedyni mają odwagę stanąć do walki z demonami, pojawiającymi się o zachodzie słońca. Częścią bogatej kultury tego miejsca jest wiara w Everama, a zgodnie ze świętą księgą Kajiego, wybrany przez Najwyższego poprowadzi lud, jednocząc go z niewiernymi i zniszczy on raz na zawsze potwory, wyłaniające się z Otchłani. To właśnie w Krasji przyszedł na świat Jardir, niegdyś przyjaciel Arlena, wojownik, okrzyknięty przez lud Wybawicielem. Problem jest tylko jeden, w zielonych krainach podobnym tytułem został okrzyknięty Naznaczony, który wraz z przyjaciółmi, Leeshą i Rojerem, stara się przygotować mieszkańców nie tylko do walki z demonami, ale przede wszystkim z Krasjanami, którzy rozpoczęli już swój najazd. 

„Pustynna Włócznia” stanowi drugi tom serii o Malowanym Człowieku i podobnie jak pierwsza część został on podzielony, z niezrozumiałego, a zarazem łatwego do odgadnięcia powodu, na dwie księgi. Jest to dość komiczne, ponieważ historia zostaje nagle przerwana w połowie i czytelnik musi sięgnąć po drugi tom, aby poznać dalszy przebieg urwanego wątku. Obie książki są do prawda dość obszerne, jednak gdyby nie fakt, że miałam następną część pod ręką, byłabym naprawdę bardzo zirytowana. Dlatego też zarówno pierwsza, jak i następna księga „Pustynnej Włóczni” jest traktowana przeze mnie jako całość, która nie powinna być dzielona przez polskiego wydawcę.

Drugi tom cyklu demonicznego trzyma, ku mojej uciesze, poziom, chociaż różni się w kilku aspektach od „Malowanego człowieka”. Przez większą część lektury czytelnik zapoznaje się bowiem z historią Jardira, kulturą i obyczajami, panującymi w Krasji. Tym samym cofa się w historii i spogląda na pewne kwestie z przeciwnej strony. Ma to swoje plusy, ponieważ odbiorca lepiej poznaje postać jednej z głównych postaci i jest w stanie zrozumieć podjęte przez nią decyzje. Nie każdemu spodoba się jednak taki sposób prowadzenia akcji, a zwłaszcza tym, którzy byli ciekawi dalszych losów Arlena i Leeshy. Do tego drugiego grona zaliczałam się także i ja.

 Początkowo czułam się zawiedziona, ponieważ została opisana historia innego, jeszcze niezbyt lubianego przeze mnie bohatera, a „Malowany człowiek” skończył się w takim momencie, że jak najszybciej chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Wkrótce potem historia z Krasji porwała mnie, nawet mimo tego, że była spokojniejsza i nie działo się w niej tak wiele jak w Wyzwolonych Miastach czy Zakątku. Kiedy na powrót pojawiły się rozdziały związane z Arlenem, Leeshą i Rojerem książka rozkręciła się i... odbiorca był zmuszony sięgnąć po „Pustynną Włócznię II”.

W drugim tomie „Malowanego człowieka” pojawia się kilkanaście nowych postaci, ale to w drugiej księdze dzieje się najwięcej, a akcja jest szybsza i bardziej wcągająca. Dochodzi również nowy wątek, historia Renny, przyrzeczonej za młodu Arlenowi. Rozdziały poświęcone tej historii są rozbite, przez co robią odbiorcy niemałą ochotę i zmuszają go do kontynuowania lektury.

„Pustynna Włócznia” trzyma dobry poziom, pozwala spojrzeć trochę z innej perspektywy na przedstawione wydarzenia oraz poznać czynniki, przez które Krasjanie postępują tak, a nie inaczej. Do mankamentów powieści mogę zaliczyć nie zachowanie przez autora chronologii i w dalszym ciągu za bardzo nie wiem, czemu miało to tak naprawdę służyć. Mimo tego, polecam, a osoby, które nie miały okazji zapoznać się jeszcze z "Malowanym człowiekiem", zachęcam do rozpoczęcia tej niezwykłej przygody w świecie, gdzie po zachodzie słońca prym wiodą łaknące krwi demony.
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 515 + 657

Data premiery: 2010r.
Ocena: 5/6 
Dalsza część recenzji

wtorek, 21 października 2014

Wielki Marsz, Stephen King

Iść, ciągle iść... i nie jak w słowach piosenki „w stronę słońca”, ale prosto przed siebie, tak jak prowadzi droga. Bez względu na warunki pogodowe: w upalnym słońcu, deszczu czy gradzie – to jest ich zadanie, mają maszerować do utraty sił, dosłownie. Każdy z uczestników, który stanie, bądź będzie szedł z nieodpowiednią prędkością, musi liczyć się z otrzymaniem kulki w głowę. Stu zawodników i tylko jeden zwycięzca, a po bokach widzowie, napawający się widokiem wyczerpanych idących. Garraty jako jeden z uczestników Wielkiego Marszu wędruje dziesiątki i setki kilometrów przed siebie, będąc świadkiem wielu nieprzyjemnych scen. W tej dalekiej od wesołości scenerii nawiązuje przyjaźnie i coraz bardziej rozumie okrutną rzeczywistość, której stał się częścią. 


Wykorzystany przez Stephena Kinga język nie zachwyca, jest surowy i prosty, a wypowiedzi bohaterów opatrzone są sporą liczbą wulgaryzmów. Podobnie napisana przez niego historia nie robi wielkiego wrażenia, jednak „Wielki Marsz” ma w sobie to trudne do sprecyzowania „coś”, co zachęca czytelnika do czytania i przewracania kolejnych stron powieści. Być może zasługa leży w sprytnym dawkowaniu informacji? Odbiorca nie poznaje od razu wszystkich szczegółów związanych z organizowanym marszem albo też pobudek, dla których chłopcy postawili postawić na szali swoje życie. Niektóre kwestie wyjaśniają się dopiero pod koniec lektury, wprawiając czytelnika w zdumienie, a inne – w ogóle.

 Można więc powiedzieć, że odbiorca jedynie z czystej ciekawości może być popchnięty do dalszego zapoznawania się z losami uczestników Wielkiego Marszu. Każdy z nich jest bowiem inny, jedyny w swoim rodzaju, a jednak łączy ich jeden cel – wygrana. Stephen King nie przedstawił sylwetek wszystkich stu chłopaków, wybrał spomiędzy nich kilku istotniejszych, dlatego historia wydała się być bardziej rzeczywista, bo w końcu jest niemożliwością, aby Garraty wchodził w większe interakcje z taką liczbą osób. O śmierci każdego z uczestników zostajemy jednak poinformowani i momentami było to dla mnie kłopotliwe ze względu na problem z kojarzeniem przeze mnie imion wszystkich pojawiających się w lekturze postaci.
"Niebawem huknęły karabiny. Garraty uznał, że nazwisko tego chłopaka i tak nie miało żadnego znaczenia."*
 Czytelnik ma za sprawą powieści możliwość niejako uczestniczyć wraz z głównym bohaterem w tym wydarzeniu, a co za tym idzie: poznawać jego myśli, przysłuchiwać się rozmowom z pozostałymi i zaznajawać się z wykreowanym przez pisarza obrazem. W „Wielkim Marszu” zbyt wiele się tak naprawdę nie dzieje: chłopcy idą, rozmawiają, niektórzy z nich tracą siły, a potem też życie – i tak w kółko. Akcja jest jednostajna, autor nie śpieszył się z jej prowadzeniem, a to sprawia, że lektura „Wielkiego Marszu” jest zajęciem na dłuższy czas. Wydaje się, jakby było to celowym zamierzeniem pisarza, odbiorca wyraźniej odczuwał grozę i zmęczenie od tego dłużącego się marszu.


Wszyscy ci, którzy chociaż trochę znają twórczość Stephena Kinga wiedzą, że nie cacka się on ani z czytelnikiem, ani z wykreowanymi przez siebie postaciami. „Wielki Marsz” nie jest lekką lekturą ze względu na opisaną historię, bezuczuciowy sposób jej opowiedzenia oraz wszechobecny zapach potu, krwi i śmierci. Zmusza on również do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami i chociażby to sprawia, że jest pozycją większej uwagi.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 240
Data premiery: 1999r.
*str. 82
Dalsza część recenzji
Blogger Template by Clairvo